Zdjęcia drugie i czwarte zrobił Andrzej Sokołowski z Orsona.
Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski. Regaty, które od
wielu lat mają pecha.
Do organizatorów. Dlatego że to typowe dziecko niechciane.
Organizator, który robi regaty z musu, na pewno nie zrobi
ich dobrze. Tak było kilka razy w Świnoujściu, tak było w
Darłowie, tak było i na Zatoce Gdańskiej. Z małymi
wyjątkami, gdy organizację bezpośrednią przejął np MOSiR
Gdańsk (ogólnie Marina Gdańsk), albo w Dziwnowie, gdy
organizator bezpośredni był w zasadzie prywatny. No i w
tym roku, w Gdańsku. MP tuż przed Mistrzostwami Europy
ORC. Ten samo organizator. Widownia w postaci jachtów
zagranicznych, z których naprawdę dużo wystartowało w MP.
Organizacyjnie i na wodzie było naprawdę super, co bardzo
bym chciał podkreślić, bo to wcale nie takie oczywiste. Kawał
dobrej, organizacyjnej roboty został wykonany.
To był jeden z powodów, dla których warto było być na tych
akurat mistrzostwach. Po to właśnie, żeby zobaczyć, jak
można przygotować regaty i jak można je przeprowadzić.

Na zdjęciu bolid regatowy
Ktoś może zadać pytanie, czemu chciałem wystartować w MP
po doświadczeniach z lat 2003-2016.
Po pierwsze to jednak jest ważny tytuł, choć ostatnio
mocno zdeprecjonowany, ale może właśnie warto to zmienić?
Po drugie, chęć rewanżu za poprzedni rok w Dziwnowie,
gdzie dostaliśmy lanie.
Po trzecie, chyba najważniejsze: dołączenie do imprezy,
której u nas nie było jeszcze i pewnie przez lata się nie
powtórzy - właśnie ME ORC. Mając mały jacht nie mam szans
na wystartowanie w ME/MŚ w innym miejscu, ale tutaj
mogliśmy wystartować w MP w doborowym towarzystwie i choć
popatrzeć z bliska na konkurencję. Niepowtarzalna szansa
dla małych jachtów. Tyle o motywacji. Gorzej było z
przygotowaniami. Zima zeszła głównie na rozbudowanym
remoncie instalacji elektrycznej, wiosną z wielu powodów
czasu nie było za wiele, i dlatego części przygotowań nie
udało się zrobić. A szkoda. Oczywiście finanse też
odegrały swoją rolę. Budżet na jacht jest skończony,
niestety.
Ale to co możemy robić, to robimy. Po raz pierwszy przed
regatami jacht został dokładnie opróżniony ze wszystkiego
co zbędne, łącznie ze sztućcami (została jedna łyżeczka).
Takim pustym jachtem ruszamy z naszego miejsca postoju w
Górkach, do Gdańska.
Przelot jest bardzo miły, ładna pogoda, wiatr z baksztagu,
spore fale i spokój.

Tutaj prawie bolid regatowy ;)
Pierwszy dzień regat zaczyna się poranną ulewą. W deszczu
wychodzimy na zatokę. Wiatr ze wschodu, powoli rosnący,
duże fale.
Co jest, do jasnej ciasnej - miało nie wiać, i to wg kilku
prognoz, które to „zawsze się sprawdzają”.
Guzik, piździ i już. No piździ, ale prognozy mówią, że ma
nie wiać, może zaraz przejdzie, więc ruszamy na pełnym
zestawie w wyścig. Inni też wierzyli w prognozy... W
efekcie na halsówce leżymy na kancie, prędkość ponad 5
węzłów i to wszystko co daje się osiągnąć.
Ale najpierw był start. Nigdy nie wiem, co ludzie robili w
czasach, gdy ja czytałem co roku „Strategię i taktykę
regatową” Rymkiewicza (mam tę książkę od młodości). Tam
jest wyraźnie napisane wg jakich kryteriów należy wybierać
miejsce do startu na linii startu. My i Orson wybraliśmy
dobrze i po zwrocie przechodzimy wszystkim innym jachtom
naszej grupy przed dziobami.
Cztery grupy MP zostały podzielone na dwa akweny, Area 1 i
Area 2. Do Area 1 należą grupy A, B, do Area 2 grupy C, D.
Grupy A, D są mało liczne, więc to organizacyjnie całkiem
pasuje. My na swój akwen mamy bliżej. U nas, dla grupy C,
linia startu jest dość długa, między dwiema motorówkami,
dla nas jest znacznie krótsza, między statkiem RC a
tyczką.
Najpierw startuje grupa C, potem jest trochę przerwy,
skracanie startu i nasza procedura. Górne znaki są różne
dla grup, nasze są ciut bliżej. Dolna bramka (bramka,
czyli dwie boje do wyboru) jest wspólna. Meta jest z
boku trasy, przy komisji głównej.
Trasy są bardzo krótkie, co widać po czasach. W sumie na
bokach spinakerowych nie zrzucamy genuy, choć przeszkadza,
bo czasu za mało.
U dużych jest inaczej, bo mają ciut więcej czasu, poza tym
chyba wszystkie stawiają spinakery, co wcale nie zawsze
kończy się dobrze. U nas nie wszyscy. My stawiamy, ale
mniejszego, czarnego. obsługowo jest to rozsądne. Ci
mający tylko jedne, duże spinakery, sami są sobie winni.
Widać trochę przygód, i ze zrzucaniem i z wywózkami dość
spektakularnymi. U nas się nic nie dzieje, poza jednym
splątaniem przy stawianiu. Przebrasowań nie ryzykujemy,
chyba słusznie. Jeszcze nie teraz, jeszcze trochę
treningów. A niektórzy na przebrasowaniach tracą, czasami
nawet dużo.
Są i straty. U nas zrywa się łącznik jednego pełzacza z
grotem, na samym dole. Poza tym załoga po regatach odkryje
sporo siniaków w różnych miejscach. U innych gorzej.
Aquarella traci maszt, złamany przy dolnym salingu. Jakiś
jacht z wiszącym na topie spinakerem znika z oczu gdzieś
pod Sopotem (w marinie?). Falcon traci grota i ma MP w
sumie z głowy.
Ileś tam porwanych spinakerów, spinakerów wyciąganych z
wody, urwanego tego i owego. A nas nawet nie powiozło ani
razu, może za ostrożnie pływamy? Ale przecież stawialiśmy.
Na kolejnym kółku, przed bramką, spinaker, pacyfikowany
siłami mojej żeńskiej załogi, znika w kabinie szybciej niż
mógłbym marzyć. I tak już zostaje do końca wyścigów. Bez
rolerów, zwijaczy, skarpet i tak dalej.
Przed drugim wyścigiem najwyraźniej kilka jachtów
przestaje wierzyć w prognozy i się refuje, w tym my. Także
Orson i Little johnka. I to był dobry pomysł. Co prawda
nasza genua dalej jest za duża (kurcze, które to już w tym
sezonie regaty, w których tracimy nie mając w zestawie
genuy nr 2?), ale grot normalnie pracuje. Jest lepiej. W 2
i 3 wyścigu dla grupy C zmiana - mają trasę z trzema
okrążeniami, dla nas pozostają dwa kółka. Po drugim
wyścigu mamy trochę dość, ale zbieramy się w sobie, jest
czas na kanapki i siusiu. Poza tym, skoro idzie dobrze...
W trzecim wyścigu start dobry, ale tym razem chyba wszyscy
mają start przyzwoity.
Za to potem na halsówce, przy spotkaniu z jachtami drugiej
grupy, my na lewym na ostro, część z nich na prawym pod
spinakerami, nad którymi trzeba się dobrze skupić.
Popełniam błąd taktyczny, źle oceniam sytuację, pakuję się
między kilka takich (byliśmy na leyline, nie chciałem
robić zwrotu) i w efekcie nagły zwrot, potem drugi, strata
duża, omal też nie wjechałem Bluefinowi w rufę (zobaczyłem
w ostatniej chwili). Załoga mnie nie zabiła... ale nie da
się ukryć, że wyszła lipa ![]()
Po wyścigu kurs na Gdańsk, oczywiście w deszczu. Spinaker
cały mokry na podłodze. A potem słyszę, że jacht cieknie,
skoro trzeba wybierać wodę z zęzy. No w taką pogodę,
to nic dziwnego!
Płyniemy spokojnie, relaks po wyścigach, omawiamy ja było.
Sprawdzamy też z ciekawości temperaturę w kabinie - 16
stopni, a jest środek lipca.
Pierwszy wyścig udało nam się wygrać. Widocznie lepiej
poradziliśmy sobie z marszu w trudnych warunkach. Potem pozostałe
jachty się ogarnęły i wyniki były gorsze. No i ten błąd w
trzecim wyścigu.
Drugi dzień i długi wyścig. Miało nie podać, i to się
sprawdziło - duuuuży plus. Miało wiać słabo. Tia...
Wszystkie grupy startują z jednego miejsca. Ale po kolei.
Komisja trochę czeka, bo wiatru nie ma. W końcu zaczyna
wiać więcej, komunikat o tym, że będzie start grupy A, tak
trochę na próbę. Ale start poszedł, wiatr jeszcze wzrósł i
komisja po kolei puściła wszystkie grupy. Halsówka do
rozprowadzającej, to mamy wszyscy. Wiatr jeszcze dość
słaby ale prędkość przekracza 4 węzły i powoli, cały czas
rośnie. Na rozprowadzającej trasy się rozdzielają: grupy
A, B skręcają w lewo pod Redłowo, pod spinakerami, a grupy
C i D pracowicie halsują na Wysypisko Gdynia. Całkiem
spory kawałek. Ale wiatr jest bardzo stały, poza tym na
pławę wychodzimy prawie jednym halsem. Pozostaje
pilnowanie prędkości, co w końcu nam się udaje i zaczynamy
trochę uciekać. Tylko Busy Lizzy i Johnka są szybsi i
uciekaj anam faktycznie. Na Wys. Gdynia zwrot w prawo i
niestety żużel na PP, 10 mil. Tutaj chyba tracimy
najwięcej. Fala z burty, bardzo zbełtana, wiatr
silniejszy, ale jeszcze dość słaby. Za nami Orson i
Bluefin trzymają się blisko, Pallas i Zefirek trochę
dalej. Uciekamy im trochę, jak przywieje, ale to mało. Za
to z przodu Vataha, Busy Lizzy i Little Johnka, oddalają
się. Jachtem rzuca nieźle, bo fale są duże i bardzo
krótkie, a wiatr taki sobie, choć powoli, cały czas,
rośnie. Przed PP mamy pecha, bo spotykamy się dużym
kontenerowcem i musimy go puścić (choć próbowałem przejść
przed dziobem). Tutaj trochę straciliśmy, w każdym razie
Orson znalazł się za nami. Zwrot na boi i kolejny żużel,
na Wysypisko Gdańsk (tak dla odmiany). Krótszy rzecz
jasna, bo 5 mil, bajdewind ostrzejszy, a wiatr silniejszy.
Tutaj już naprawdę pędzimy i znów uciekamy tym za nami,
ale nasi z przodu nam też uciekają. W końcu zwrot, kurs na
Redłowo, 8 mil, i w końcu spinaker. Wiatr - baksztag.
Jakby silniejszy. Stawiamy dużego, tęczowego spinakera i z
czasem zaczyna się coraz lepsza jazda. W końcu coś dla
nas. Konkurencja z tyłu wyraźnie się oddala, konkurencja z
przodu jakby nie ucieka. A log na fali pokazuje i 8, i 9
węzłów, potem czasami więcej. To oczywiście tylko krótkie
ślizgi z falą, ale są emocje i jest moc
Pod pławą spotykamy się z jachtem
z grupy A/B, które także tam miały swój zygzak. Czas
szykować genuę do postawienia i tutaj gdy załoga zeszła z
balastu, na fali, powiozło nas. Czyli i nam się zdarza.
Genua góra, po chwili spinaker na dole i zwrot. Kurcze, no
się naprawdę rozwiało. Halsówka, fala wredna jak cholera,
z okresem chyba 2-3 sekundy. Tłucze, chlapie, i piździ.
Wychodzi na to, że więcej niż wczoraj. Potem podpytałem,
znajoma załoga relacjonuje, że pod 20-22 węzły. Refujemy
się i staramy się przetrwać. Genua oczywiście jest za
duża, ale co można poradzić?
Tutaj wyprzedzamy Vatahę, która swojego genakera zwijała
chyba z 15 minut. Wyprzedzamy ich, mimo że mieli chyba 1,5
mili przewagi.
Wredna halsówka pod wredną falę. Może drugi ref? Ale to w
końcu chyba ścichnie? No do licha... Nie refujemy się, i
szkoda. Na boję wchodzimy tuż przed Vatahą. Ale po chwili
my stawiamy spinakera (już mniejszego) i lecimy na metę. Z
przodu, z grupy dużych, dwa jachty wskazują nam drogę.
Około 7 mil świetnej jazdy, znów baksztagiem, który nawet
pod koniec lekko wyostrza.
Ale wyścig był męczący, fala wredna, 43 mile po prostej. W
marinie cumujemy o godzinie 21. Czas do domu, a jutro
finał...
Ostatni dzień regat, to dzień, w którym prognozy się w
sumie sprawdziły. Miało wiać słabo i wiało słabo. Fala
była i hamowała. Dwa wyścigi krótkie. Warunki spokojne,
więc mamy zdjęcia ze startów grupy C, jak się ładnie pod
sznurek ustawiają. Dużo jachtów, u nas widok niespotykany
i tak przez 30 lat jeszcze będzie. Chyba że się mylę...
Start mamy dobry, ale samo żeglowanie coś nie idzie.
Znaczy nie wiem czemu, ale i jacht nie jedzie (teraz, na
spokojnie, mam kilka wniosków) i wiatru jakoś nie umiem
wyczuć. Co hals, to wtopa. Do tego, niedaleko przed boją,
przychodzi dziura wiatrowa a potem zmiana o 30 stopni,
niekorzystna. Najbardziej tracimy my i Busy Lizzy. Co ja
sobie w duchu wtedy mówiłem, nie nadaje się do
powtórzenia. Jak już wszyscy nas wyprzedzili, wiatr wrócił
do starego kierunku. Nic tylko się zastrzelić. Walczymy
dalej i na spinakerze trochę odrabiamy straty. Na dolnym
znaku informacja o zmianie (skróceniu) trasy. Cała załoga
kombinuje o co chodzi, która boja jest nasza, studiujemy
jeszcze raz instrukcję żeglugi wnikliwie i wychodzimy
poprawnie tam gdzie trzeba, Pallas za nami także. Reszta
dała ciała i popłynęła za daleko. Potem, już na brzegu,
Kuba powiedział, że był tak zły na siebie za tę pomyłkę,
że chciał sprzedać jacht, rzucić żeglowanie w cholerę i
zająć się szydełkowaniem oraz ogrodnictwem. Z innego
jachtu gesty też były dość jednoznaczne ![]()
Kolejny, ostatni wyścig. Start niby poprawny, ale efektów
jakoś z tego nie było. Płyniemy, ale słabo. Wyścig niejako
bez historii i bez emocji i bez pozycji. Utopiony. Trzecie
miejsce od końca, może dlatego nie przedostatnie, że
Vataha znów walczyła ze swoim zwijaczem genakera. Walczyła
i przegrała, na słabym wietrze. Rolery to zło. Trasa tak
się ułożyła, że nasza grupa wchodziła na metę razem z
ostatnim jachtami grupy C. Jedyna satysfakcja, że na
spinakerze udało nam się dogonić i wyprzedzić o metr
Bluefina (oczywiście i tak z nami w przeliczeniu wygrał).

Start grupy przed nami.
Cóż, zrzucamy spinakera, zbieramy się i do Górek.
Zakończenie w Gdańsku planowane na 19, mamy dużo czasu.
To były męczące regaty. Nam się nic nie urwało, nie
utopiło, nie porwało. Tu jesteśmy do przodu.
Mamy brązowy medal, tylko(?) jeden punkt straty do srebra
(no, w sumie dwa punkty, żeby zająć drugie miejsce). I
niewiele, i wiele.
Oczywiście za Dziwnów się odkuliśmy, było o wiele lepiej.
Ale niedosyt pozostał.
Choć medal jest bardzo ładny, a wywalczyć go nie było
łatwo.
A sama impreza? Moim zdaniem bardzo udana. Drobne wpadki
organizacyjne bywają, ale na wodzie było bardzo dobrze, na
lądzie także. To naprawdę duże regaty i mnóstwo problemów
organizacyjnych.
Czyli co? Warto było być, sprężyć się wystartować, i
powalczyć. Podobne odczucie mają inne jachty z naszej
grupy, i te z czołówki i te z końca listy wyników.
Przegrali ci, których nie było.
Jedyne zastrzeżenie jest o fakt, że nie były to
międzynarodowe mistrzostwa i medale można było dostać
tylko za samą obecność (nie w grupie D).
Wyniki:
Wyścig 1 Wyścig 2 Wyścig 3 Wyścig 4 Wyścig 5 Wyścig 6 Wyniki
Zdjęcie wywołujące sentyment. A poza tym, dwójka konkurentów
:)
