Weekend oczywiście był przeznaczony na
prace na jachcie. Ale już nam to uszami wychodzi. Gdy w
piątek Paweł, opiekun Zefirka, któremu załoga się
posypała, zaproponował start w regatach, a raczej w
wyścigu, z okazji otwarcia sezonu żeglarskiego w Gdańsku,
zastanawialiśmy się bardzo krótko.
Wyścig australijski, bez żadnych przeliczeń, bez grup. W
takich warunkach mały Zefirek nie ma szans z jachtami typu
Hadar, Tornado czy Falcon. W każdym razie tak nam się
wydawało...
Wyścigi są w zasadzie dwa, z Górek do Gdańska i z Gdyni do
Gdańska. Potem jachty płyną do centrum, na paradę. Start i
meta są dość nieformalne, a liczy się tylko pierwszy (osobno
z obu stron).
Wiatr był słaby tego dnia, start dość wcześnie, bo o 10
rano, między pławą GS a jachtem Allie (o ile dobrze
dojrzałem). Zdecydowanie opłacało się startować przy
pławie, była halsówka.
Start niestety był mocno spóźniony, bo na trochę przed
startem wiatr ścichł dość mocno. Inni też start spóźnili,
ale mniej. Tym niemniej walczyć trzeba. Halsówka, decyzja
czy idziemy w morze czy pod brzeg. Wybieramy brzeg i to
długi czas wydaje się dobrym pomysłem. Główny konkurent,
czyli Pallas, który start miał lepszy, odchodzi w morze.
Tak samo jak kilka innych jachtów. Pod brzegiem zostają
Orion i Falcon, no i my. Po pewnym czasie dochodzi pod
brzeg Tornado. Wiatr słaby i generalnie słabnie, trochę
kręci, widać obszary z wiatrem i bez niego. Halsujemy
cierpliwie, słońce świeci. Ale zimno jest cały czas. Mimo
kilku obszarów ciszy, udaje nam się trzymać czołówki.
Falcon z przodu, my za nim, Orion blisko. Jachty w morzu,
np. Hadar i Pallas, zostają z tyłu. Przewaga robi się duża.
Za Redłowem wiatr cichnie do zera, i to dla wszystkich. Nam
udaje się stać we właściwym kierunku, a trwa to dobre pół
godziny. W końcu wiatr przychodzi, z morza. Na Falconie
przed nami ruch, u nas także. U nich genaker do góry, u
nas spinaker. Trochę za nami Orion też stawia genakera.
Ruszamy. Nie jakoś rewelacyjnie, ale płyniemy. Niezupełnie
do celu, ale nie jest źle. Za nami widać czerwony spinaker
Pallasa. Doganiamy powoli Falcona, co wywołuje radość, ale
i refleksje - po prostu z tyłu wieje bardziej. Robi się
typowa harmonijka, my zwalniamy a jachty za nami nas
doganiają. Pallas pod spinakerem, Tornado, Orion z
genakerem. Od strony morza zbliża się Hadar, który w końcu
też stawia żagiel dodatkowy.
Na początku stawki robi się ciekawie. Pallas nas próbuje
wyprzedzić a ponieważ to wyścig bez przeliczeń, zaczynamy
walkę. Pilnujemy Pallasa, a naszą dwójkę pilnuje Falcon.
Kilka podejść z różnej strony, walka na ostrzenie. Widzę,
że owszem, bronimy się, ale Tornado i Orion na tym
korzystają i są już naprawdę blisko. Pallas w pewnej
chwili zaczyna walczyć z Falconem, ale ten też się broni.
Przy kolejnym ataku Pallasa, który cały czas był odrobinę
szybszy, popełniamy błąd ze spinakerem i spóźniamy się.
Można było walczyć dalej, ale rzut oka dookoła powoduje,
że nagle zmieniam decyzję: gwałtownie odpadamy,
przechodzimy za rufą Falcona i odchodzimy w prawo, w
kierunku mety. Falcon blokuje Pallasa, a po chwili wiatr
bardzo mocno słabnie. W ten sposób wychodzimy na czoło
wyścigu, jesteśmy najbliżej mety, a wiatr się wypełnił. Do
tego na Pallasie popełniają błąd nawigacyjny, zrzucają na
chwilę spinakera. My płyniemy swoje, pełnym baksztagiem,
trochę wyżej niż meta, ale pełniej się nie dało.
Orion i Tornado, które były tuż za nami, zostają z tyłu.
W tym momencie wyraźnie widać przewagę spinakera nad
genakerami. Uciekamy im szybko (no dobra, Tornado tylko
pod genuą). Płyniemy najbardziej w kierunku mety. Pallas i
Falcon są wyżej i po lewej.
Teraz już wszystko zależy od wiatru. Zaczynamy rozwiązywać
problem nawigacyjny: gdzie dokładnie jest meta? Znaczy,
które to są pławy (a może stawy?). Wyposażenie nawigacyjne
na Zefirku jest dość ubogie, ale w końcu coś wiemy -
do mety ponad mila. Widać co ma być widać, widać tez
motorówkę - to Aramis czeka. Ale jest już późno, po
godzinie 13. W końcu czas na przebrasowanie i skierowanie
się na metę. Robimy je jednak odrobinę za wcześnie i na
metę płyniemy mocno pełnym kursem. Przy czym
przebrasowanie ze spinakerbomem przywiązanym na stałe do
masztu nie jest zbyt szybkie, ale przy tym wietrze udaje
się dość sprawnie. Wiatr trochę rośnie, Falcon po lewej
przyspiesza, ucieka dalej i w końcu robi zwrot - musi
pływać baksztagami. Pallas płynie pełniej, też robi zwrot
i rusza w kierunku mety.
No cóż, brutalna wielkość wygrywa. Falcon wchodzi na metę
około 30 sekund przed nami, Pallas około 1,5 minuty za
nami. Dopiero za Pallasem wpływa Hadar, potem Orion i
Tornado.
W sumie, nie mamy co narzekać - niewiele brakowało do
wygranej, a wynik i tak jest super. Poza tym - dwa Conrady
24 zajmują miejsca na podium na trasie o długości chyba 6
mil - z halsówką znacznie więcej.
Złośliwie mogę dodać, że te duże jachty ciągle na regatach
plączą się z tyłu stawki i przeszkadzają nam normalnie
walczyć - wiem, za ten tekst już na kilku jachtach mogą
mnie nie lubić. ;)
A po regatach, choć to nie było w planie, płyniemy na
paradę. Dzięki uprzejmości Zbyszka z Oriona, który wziął
nas na hol - my zwyczajnie nie mieliśmy tyle paliwa, żeby
płynąć pod Żuraw. Parada jak parada, lepiej być na jachcie
niż na brzegu. Nie dobijamy do brzegu, razem z Orionem,
który znów bierze nas na hol, wracamy na morze. Ale po
drodze dostaliśmy z naszego holownika po kubku herbaty,
która dobrze nam zrobiła.
Wiatr robi się całkiem silny i pracowicie do Gdyni
halsujemy. Pod Redłowem nawet zaczyna chlapać. Jak to na
„difurze”, gdy wieje więcej niż 10 węzłów. Jest zimno, bo
i słońca już nie ma.
Pięknie spędzony dzień, i to z emocjami regatowymi... a
prace na Czarodziejce planowane na ten dzień jeszcze po
regatach, zostały oczywiście w polu...