Oficjalny,
dość krótki opis regat jest oczywiście na stronie Gryfu.
Także wyniki i reszta dokumentacji.
Tutaj za to powstał opis z punktu widzenia pokładu
Czarodziejki. I jej załogi. Subiektywny, bo jakże
inaczej?
Start z Gdyni, w piątek, o godzinie 19, oznaczał że
przeprowadzić jacht trzeba wcześniej. Zakupy żywności i
drobiazgów w czwartek, zawiezienie tego też w czwartek
wieczorem, pozwoliło mieć więcej czasu w piątek. Mamy
urlop i na jachcie meldujemy się w samo południe.
Dokładniej - dwie trzecie załogi.
Szybkie rozpakowanie, montaż autopilota (w sensie
wstawienia i podłączenia do gniazda) i można ruszać.
Pogoda świetna, wiatr raczej słaby, docieramy do Gdyni.
W Gdyni jak to przed regatami nocnymi: warto coś zjeść.
Zaokrętowanie reszty załogi, odprawa obowiązkowa i
start.
Start komisja ustawiła dziwnie, bo pin był bardzo blisko
falochronu z Akwarium Gdyńskim. Dodatkowo blisko linii
startu była pława GS. Ale przecież nie z takimi
problemami można sobie poradzić. Wiatr wskazywał, że
warto startować koło pinu, ale podejście pod sam
falochron i niejako zablokowanie się przy nim budziło
wewnętrzny opór. W efekcie wystartowaliśmy dość blisko
pinu, ale nie przy nim. I to był przyzwoity start. W
słabym wietrze kombinacje polegały na tym, żeby odejść
od brzegu w miarę szybko, żeby złapać silniejszy wiatr.
Pracowicie wszystkie jachty halsowały. Na zdjęciu widać,
że start mieliśmy dobry i większość jachtów jest na
razie za nami.

Hadar nie jest za nami, ale on ma prawo.

I znów rzut oka do tyłu.

Do Helu pracowita halsówka, ale że dzień w czerwcu jest
krótki, to naprawdę długo było jasno. Za Helem można
było odpaść i postawić spinakera. A że baksztag był dość
ostry, i wiatr wzrósł, stawiamy spinakera nr 2. Całą noc
była spokojna jazda w równym wietrze, bez stresów i
walki z wiatrem. Ranek zastał nas już daleko w morzu, na
kursie, gdzieś daleko, stawa zwrotna.

Jak widać, trochę przywiało.

Przy czym całą drogę do stawy wskazania GPS-u były
wyższe niż wskazania logu. Wniosek - mamy prąd z rufy.
problem polegał na tym, że w drodze powrotnej było tak
samo. I podczas trasy wzdłuż Półwyspu Helskiegi. I na
Zatoce. Ponieważ jakoś nie bardzo wierzę w to, że cały
czas mamy prąd z rufy, to pojawił się nowy wniosek - log
zaniża wskazania. Co wcześniej nigdy się nie zdarzało.
Do sprawdzenia wiatraczek.
Zdjęcie Czarodziejki z jachtu Four Winds wykonał
Wiesiek, gdy akurat nas wyprzedzali. Oba nasze jachty
niemal całą drogę płynęły blisko siebie, wymieniając się
prowadzeniem. Dziewczyny walczą, gdy ja wpadłem w
objęcia Morfeusza.

Później wiatr trochę osłabł i trochę się wypełnił.
Przeprowadzamy akcję wymiany spinakerów i na maszcie
stoi duży, tęczowy. I tak będzie aż do stawy.

Żegluga, jak pokazują zdjęcia, dalej jest piękna, a
Bałtyk wyjątkowo spokojny. Wiatr powoli słabnie i
ostatnie mile płyniemy już coraz wolniej. Wyraźnie też
dogoniliśmy jachty z przodu. W końcu widać, widać, widać
nasz cel!

A tak nas widać z pokładu konkurencji. Jak widać znów
zmiana prowadzenia w prywatnym pojedynku...

Podchodzimy fordewindem na coraz słabszym wietrze i
pechowo musimy zrobić wcześniej zwrot. A więc i spinaker
wcześniej na dół. Tak tez bywa, a przed punktem zwrotnym
nam z zasady wiatr się zmienia.

Początek powrotu. Stawę okrążyliśmy o godzinie 19:31 -
doba żeglug od startu. Four winds miał jakieś kłopoty ze
spinakerem i trochę stracił.

Droga powrotna była pod wiatr. Wiało tak, że jachty
kierowały się w okolice latarni Stilo. Załoga odpoczywa
"aktywnie" balastując... ;)

Bo zdarzają się momenty z ciut silniejszym wiatrem.

Konkurencja cały czas obok.
Przy polskim brzegu dopada nas na około godzinę wyraźnie
silniejszy wiatr. Do tego stopnia, że zakładamy na
grocie jeden ref, a potem drugi. Nie trwa to długo, ale
pozwala przećwiczyć system refowania. Wiatr słabnie,
zdejmujemy stopniowo refy. Kurs prowadzi koło pław
pomiarowych IMGW. Uwieczniamy je w aparacie.

Zbliżamy się do Rozewia. Kilka jachtów stoi pod brzegiem
w ciszy. W słabym wietrze powoli opływamy dziurę
wiatrową, doganiamy Słoniego, Oceannę i Nec timide. Ten
ostatni wycofuje się z regat.
A nam pozostaje dalsza walka. Przychodzi wieczór i wiatr
jednak trochę rośnie. Prędkość także, na logu już 4
węzły. Za to trudno powiedzieć, że mamy upalne lato.
Jest zimno, co w ubiorze daje się zauważyć. Ale duch
bojowy nie upada, chociaż to już nasza trzecia noc na
morzu.

Tak wygląda log bez lampy błyskowej, no i z lampą
błyskową. Coś wieje, szkoda tylko, że cały czas od
dziobu.
Przychodzi świt i zbliża się Hel. Już prawie go
opływamy, gdy wiatr cichnie do zera. Ugrzęźliśmy, a prąd
powoli nas cofa. Prędkość zero. Gdy czasami coś wieje,
cieszymy się, że płyniemy prawie węzeł. Dwa razy wiatr
daje nadzieję i dwa razy cichnie. Pod brzegiem tak samo
męczy się Four winds.
Gdy wiatr po raz trzeci lekko rośnie, popełniam błąd.
Chcę za wszelką cenę opłynąć półwysep i kierujemy dziób
jachty w kierunku Gdańska i powoli odpływamy w bok kilka
kabli. Niestety, albo stety, tym razem wiatr już nie
cichnie. Dobra strona jest taka, że płyniemy. Zła taka,
że jesteśmy niżej niż Four winds, który nagle uzyskuje
nad nami sporą przewagę. Już do mety nie uda nam się go
dopaść, mimo prób na Zatoce i kombinacji w halsowaniu.
Bo wiatr zmienił się na zachodni, więc znów mamy w pysk.

Wpływamy na metę przed godziną 12. Cumujemy na chwilę w
Gdyni, Martyna schodzi z jachtu, oddajemy tracker, i
ruszamy w dalszą drogę. Silny wiatr w plecy. Stawiamy
tylko genuę i dość szybko, choć bez wysiłku, pędzimy do
Górek. Czas coś zjeść.

A o ster martwi się autopilot...

Podsumowując, były to jednak dość długie regaty, log
pokazał 316 mil. Jednocześnie były to pierwsze od lat
regaty na morzu, z naprawdę dobrą pogodą i gładką wodą.
Nie licząc silniejszego wiatru w okolicach Stilo
(krótko) i silnego wiatru dla ostatnich jachtów na
mecie.
Wyniki regat na
stronie Gryfu