Zastanawiałem
się, czy w ogóle warto pisać relację z tych regat, czy
raczej z tego wyścigu. Nie ukończyliśmy wyścigu,
wycofaliśmy się niedługo po starcie. Nie ma się czym
chwalić, ani też mrożącej krew w żyłach relacji nie da
się napisać. Z drugiej strony, wartością dla czytających,
ale i piszącego, są wnioski, uwagi czy błędy. Tylko kto
pisze o błędach lub niewygodnych wnioskach? Ten, kto
umie się do nich przyznać.
No to zaczynamy.
Trasa regat jest nam znana. Rok temu wystartowaliśmy w
tym wyścigu, warunki też nie były łatwe, choć nie aż tak
jak w tym roku. Relacja z zeszłego roku jest tutaj - Wyścig B8 2017.
Poza tym, w roku 2013 Regaty Rocznicowe Gryfu także
odbyły się, po zmianie trasy, do platformy B8.
No właśnie, trasa wyścigu. Start w Górkach, pława przy
platformie Baltic Beta, meta na rozlewisku w Górkach.
Razem 124 mile, w linii prostej, rzecz jasna.
Prognozy mówiły o wietrze 24-30 węzłów na całej
trasie, prosto z północy. Czyli dokładnie w pysk.
Tak już wieje i tak będzie wiało do poniedziałku. Nie ma
co liczyć na zmianę. Taki wiatr oznacza w Górkach trudne
warunki i na wyjściu i na starcie. Wiedząc o tym
wszystkim, wiele jachtów zgłoszonych do regat, w ogóle
się nie pojawiło. Na start wyszło kilkanaście jednostek.
Kwestia załogi w takich warunkach. Ja trochę już pływam,
w warunkach różnych, na pokładzie nie choruję nigdy a
pod pokładem czasami. Chorowanie przyjemne nie jest, ale
mimo wszystko dalej funkcjonuję. Joanna pływa znacznie
krócej. Na pokładzie nie choruje nigdy, pod pokładem
praktycznie wcale chyba że się nawcina żelków, czego
zdecydowanie nie polecamy. Za to jest mniej odporna na
zimno. Grzegorz jest nowicjuszem morskim. Nie pływał za
wiele, a nigdy w takich warunkach. Przewidywałem, że
może dostać ogromny łomot podczas regat. Czy można było
wycofać go z załogi? W efekcie okazało się, że należało
tak zrobić i oczywiście zabranie Grzegorza na ten wyścig
było moim błędem. Tylko że... Nigdy do końca nie
wiadomo, jak dany człowiek zareaguje, szanse należy
dawać. Bo jak kogoś sprawdzić? Ktoś może powiedzieć, że
poza regatami. Problem polega na tym, że jeżeli nie ma
regat, to niemal nikt w taką pogodę na morze nie
wychodzi. Robi się błędne koło - ludzie nie próbują
takich warunków, nie uczą się ich, nie wiedzą co się
dzieje wtedy na jachcie. W efekcie są nieprzygotowani,
gdy taka pogoda się pojawi. Dlatego dałem szansę.
Wychodzimy trochę w pośpiechu, co jest też oczywistym
błędem. W efekcie dopiero na wodzie zakładamy na grzbiet
szelki (kamizelki wcześniej), które u dwóch-trzecich
załogi okazują się niedopasowane, a ustawianie pasków
zajmuje czas.
Po długim namyśle, nie mając wiatromierza, decyduję się
na małego foka i dwa refy na grocie. To w samym wyjściu
okazało się trochę mało. Nie za mało, ale mało. Jacht
był mułowaty na sporej, przybojowej fali. Log pokazywał
4 węzły. Ale powoli wychodzimy, omijając zaraz za główkami
konkurencję, czyli Panacee. Idziemy szybciej, a
spotykanie się w wejściu na takiej fali i w bajdewindzie
zawsze jest stresujące. Przebijamy się pod wiatr,
załamujące się czasami fale robią wrażenie. Większe na
załodze, bo Czarodziejka specjalnie się nie przejmuje.
Mój durny i zwykły błąd - nie założyłem kaloszy (bo są
niewygodne i zawsze to lekceważę), nie zaciągnąłem
mankietów w rękawach sztormiaka (bo zawsze o tym
zapominam), nie zaciągnąłem dobrze kołnierza sztormiaka
i nie założyłem kaptura (bo muszę dobrze słyszeć i
widzieć co się dzieje). Efekt jest łatwy do
przewidzenia.
Wychodzimy w morze dalej niż stoi już na kotwicy komisja
(współczuję, tak swoją drogą). Niedaleko GW fale są
dalej duże, ale już się nie załamują. Sugerujemy
komisji, żeby przestawili start, ale komisja odmawia.
Uzasadnia to tym, że GW jest boją rozprowadzającą.
Uważam to za błąd. Rozprowadzająca w ogóle nie była
potrzebna i można z niej było zrezygnować (brak flagi
czerwonej/zielonej, gdyby taka sytuacja była
przewidziana).
Około 10 minut przed startem zapada decyzja, że Grzegorz
schodzi z jachtu. Pytamy komisję przez ukf-kę, czy
wyraża zgodę na zmianę załogi. Komisja się zgadza (nie
pisemnie, ale na to nie ma możliwości), do tego
proponuje nam wysadzenie człowieka na ponton, zamiast
wracania z nim do portu i potem ponownego wychodzenia. W
ten sposób przyjmujemy pomoc zewnętrzną, ale przed
startem.
Przez całą akcję spóźniamy się na start o minutę-dwie.
Dobieramy żagle, startujemy. Jesteśmy po zawietrznej
innych jachtów (mało kto wystartował idealnie). Wygląda
to imponująco, to znaczy wyskoki jachtów na fali. Znów
doganiamy Panacee, więc trochę odpadam i czekam na
okazję do zwrotu. Gdy tylko jest miejsce, robimy zwrot i
wychodzimy na prawą stronę trasy. Niezbyt daleko, bo
trzeba pamiętać o rozprowadzającej. Zaczyna się twarda
żegluga. I coraz szybsza. Jacht zaczyna spadać z fali,
bo się naprawdę rozpędza. Ostrość żeglugi jest bardzo
dobra. Długi czas trzymamy się w śladzie Oilera.pl i
Dancing Queen. Ale kosztem żeglugi na kancie i bardzo
precyzyjnego sterowania. Kłopoty wynikają z tego, że
mały fok, który jest na sztagu, jest owszem, mały. Ale
to żagiel z mniejszego jachtu, na normalne warunki i
jest zwyczajnie za głęboki. Do tego powoduje zawiewanie
na grota. Trzeba tak sterować, żeby żagiel pracował
tylko częściowo. I to się udaje, ale jak długo tak
można. Rozglądamy się dookoła, jak można. Z tyłu i po
zawietrznej jest 2 easy. Nie może nas dogonić, a na
pewno idzie pełniej. Dopiero po pewnym czasie zrzucili w
ogóle grota i odzyskali wigor. Powoli, na samym foku,
wyprzedzają nas po zawietrznej, płynąc już tak samo
ostro jak my. Inne jachty tracą w stosunku do nas
wysokość, co jest bardzo pocieszające. Po nawietrznej
wyprzedza nas jacht, którego nie umiemy zidentyfikować.
Może nie jest w regatach? Ale to dopiero na wysokości
Redłowa. Co się dzieje u nas? Woda co jakiś czas wlewa
się od zawietrznej na ławkę kokpitu. Wtedy jedną nogą
stoję w tej wodzie po kostkę. Co gorsza, zalana jest
jaskółka z panelem sterowania silnika. Znaczy panel i
stacyjka są w wodzie. W wodzie jest nasz główny, ręczny
GPS, przekładam go do góry. Woda spływa tylko jak jacht
się prostuje, co zdarza się coraz rzadziej. Asia siedzi
na balaście i chyba niczym się nie przejmuje. Dopływamy
na wysokość Gdyni, do statków na redzie. Fala miała być
mniejsza w głębi zatoki. I jest mniejsza, ale o wiele
bardziej zbełtana. Zaczynamy tłuc o wodę, jacht na tym
kartoflisku zwalnia. Do tego coraz silniejsze szkwały i
zapada decyzja o wzięciu trzeciego refu.
Robi to głównie Asia, z moją niewielką pomocą. Cała
operacja zajmuje może ze 2 minuty. Gorzej potem z
porządkami, bo specjalne reflinki do związania grota
(żeby były mniejsze opory i lepsza widoczność dla
sternika) są w głębi kabiny. Niby drobny błąd, ale żeby
wejść do kabiny trzeba po pierwsze zejść z balastu. Poza
tym, trzeba wyczaić moment, szybko otworzyć suwklapę,
wyjąć górną sztorcklapę, schować się, zamknąć suwklapę,
złapać reflinki i znów czujnie i szybko wyjść z nimi na
pokład. Grot podwiązany, choć niezbyt dokładnie. A w
środku bałagan, kolejny błąd na koncie bo nie
założyliśmy fartuchów. Na takim przechyle i fali zawsze
spadają oparcia i zsuwają się materace. Asia robi
porządki.
Rozważamy kwestię wycofania się. Mamy trochę dość,
jesteśmy przemoczeni (ja bardziej, z głupoty). Wiatr
wzrósł i w zasadzie powinniśmy postawić foka
sztormowego, albo zrzucić grota (to trochę bez sensu się
wydaje). Jak nie teraz, to na noc. Robimy zwrot bo przed
nami jest statek, na drugim halsie płynie się
przyjemniej, bo fala jest bardziej z boku. No i woda
schodzi z jaskółki ze stacyjką.
Wywołujemy przez UKF-kę Puffina - drugi mały jacht w
stawce, ale się nie zgłaszają. Decyzja zapada, choć z
wahaniami. Płyniemy jeszcze trochę, wywołujemy Busy
Lizzy i mówimy im, że się wycofujemy (Busy Lizzy jest
zwyczajową stacją pośredniczącą w długich regatach).
Omawiamy pozycje jachtów, wygląda na to, że naprawdę
jesteśmy na dobrym miejscu. Ale wyobrażamy sobie
nadciągającą noc, wysiłek w sterowaniu i w końcu
odpadamy w kierunku Górek. Od startu minęły zaledwie
niecałe 2,5 godziny. Żegluga z wiatrem jest bajeczna.
Trochę za mało żagla na te warunki, ale nie ma chętnych
na zmianę.
Na zdjęciu grot z trzecim refem. Głowica sięga do połowy
masztu (saling jest poniżej połowy masztu).

Zresztą, po co? Log pokazuje 6-8 węzłów.

Asia się przebiera, nastawiamy wodę na herbatę, rzucamy
się na banany.

Pełny baksztag prowadzi nas prosto do celu.


Włączamy światła nawigacyjne. Do Górek podchodzimy już
niemal po ciemku.
Mimo ciemności pięknie widać grzywy załamujących się
fal. Jedna, sygnalizująca dłuższy czas donośnym szumem
że nadchodzi, nas dogania, ale jest już płaska i nie
robi na jachcie wrażenia.
Dokładnie w główkach spotykamy wychodzący w rejs jacht.
Powoli, dostojnie i skutecznie Opal halsuje i wychodzi w
morze. I kto tu jest porąbany? My musimy, bo regaty, ale
czemu oni?
Przed godziną 23, już po ciemku, cumujemy na swoim
miejscu w Górkach.
Potem się dowiedziałem, że Busy Lizzy wyszedł poza Hel,
ale tam fala była gorsza (silny prąd) i wycofali się. Wiatr
wieczorem dochodził do 34 węzłów.
Przed nami do Górek wchodził Konsal 2. Duży jacht, a
został przed główkami położony na burcie, cały kokpit
został zalany wodą.
Regaty ukończyły tylko trzy jachty. Duża Dancing Queen,
niewiele mniejsza Oceanna, i malutki Puffin.
Wniosków jest kilka.
Żeby pływać w silnym wietrze, trzeba mieć żagle na silny
wiatr. Trzy refy na grocie to jest naprawdę minimum.
Szymon żałował, że nie miał, na nowym grocie, czwartego
refu.
Sztaksle muszą być dobrze skrojone, dobrze uszyte,
dopasowane do jachtu na silne wiatry. Tego u nas
brakuje. O małym foku już było. Duży też nie jest zbyt
dobry. Sięga za maszt, jest już mocno wydmuchany.
Niby inwestowanie w takie żagle nie jest ekonomicznie
zbyt sensowne. Jak często są takie warunki? Tym niemniej
takie żagle na pokładzie powinny być. Bez nich robi się
błędne koło: nie pływamy w ciężkich warunkach, bo nie
mamy odpowiednich żagli, a nie mamy tych żagli, bo po co
nam, skoro nie pływamy w silnym wietrze. Warto tę
barierę w końcu przełamać. Co i poza regatami może się
przydać.
Drugi wniosek jest taki, że w takich warunkach bardzo
przeszkadzają jachtowi właśnie różne przeszkadzajki.
Fartuchy, lazy-jacki, szprycbudy, rolery i całe
wyposażenie zamocowane wysoko i na wiatr wystawione.
Trzeci wniosek mówi, że osobiste wyposażenie powinno być
dobrej jakości. Dobre sztormiaki, także ocieplane, dobre
kalosze, skarpety, czapki i tak dalej.
Czwarty wniosek: organizacja życia na jachcie, w każdym
drobiazgu, musi być przemyślana. Wszystko musi być pod
ręką, dostępne gdy jest potrzebne.
Kanapki, picie, warto gdy są przygotowane. Ale i
gotowanie choćby herbaty, zupy, musi być możliwe w
każdych warunkach.
Sam jacht musi być dobrze zaprojektowany, dobrze
strymowany, i sterowny. Czarodziejka w ogóle nie ma
tendencji do ostrzenia, może nawet w sposób przesadny
(to jest do poprawienia).
Czy można doprowadzić jacht do takiego stanu, że pływa
dobrze, pod wiatr, w sztormowych warunkach? Można, czego
dowodzi przykład Puffina. A z bliższego podwórka,
przykład Pallasa. Pallasa, czyli Conrada 24, przez lata
doprowadziłem do takiego stanu, że udowodnił, że potrafi
halsować skutecznie.
Przykładem mogą być: krótka trasa Jastarnia-Gdynia pod 9
B. Szybki powrót z Bałtijska do Gdyni pod sztormowy
wiatr i duże fale, tylko w dwie osoby. Ukończenie, jako
jedyny mały jacht, Regat GWG, gdy przywiały 34 węzły.
Czarodziejka też już ma za sobą kilka spotkań z silnym
wiatrem, ale jeszcze nie jest tak skuteczna, jak mogłaby
być.
To co piszę wydaje się banalne, ale czemu tak mało
jachtów radzi sobie dobrze w silnym wietrze?