W tym roku Dziwnów miał być z okazji
Mistrzostw Polski ORC. Połączony z turystyką, przy okazji.
Ale impreza rodzinna, której nie mogliśmy opuścić, zmusiła
do zmiany planu.
Na następujący: urlop trochę skrócimy, do Dziwnowa
popłyniemy wcześniej, wystartujemy w regatach Unity Line.
Tak w ramach relaksu, rzecz jasna.
Ruszamy z bazy w Górkach 29 lipca, w niedzielę przed
południem. Kurs generalnie na zachód, ale na razie na
północ. Wiatr słaby, no i w pysk. Taka tradycja. Powoli
wiatr rośnie, ruszamy szybciej. Oczywiście jak zwykle,
oczywiście koło Helu dopadają nas paskudne burzowe chmury.
Wygląda groźnie, wygląda nieciekawie. W dyskusji co dalej
pada argument, że jesteśmy na urlopie, do licha. Odpadamy,
płyniemy do Helu. Czyli tradycja złej pogody koło Helu
została lekko zachwiana. Bo ulewa przeszła nad nami akurat
jak byliśmy na obiedzie w restauracji. W końcu to urlop,
czyż nie?
Z Helu, w poniedziałek, wychodzimy dość wcześnie, bez
śniadania. Zjemy po drodze. Wiatr się odkręcił, za cyplem
można postawić spinakera. I zająć się czymkolwiek, choćby
myciem pokładu.
Tylko o kąpieli nie ma mowy, bo sinice opanowały Bałtyk.
Co było problemem, dlatego że upał, przy słabym wietrze z
rufy, bardzo męczył.

Wiatr był momentami na tyle słaby, że przydał się silnik.
Oczywiście akwen nr 6 był zamknięty więc nadłożyliśmy
drogi.
Naszym celem, na razie, jest Mrzeżyno. Porcik niedawno
pogłębiony, żadne z nas tam nie było (ja byłem rowerem ze
30 lat temu, co nie bardzo się liczy). Czarodziejka też
tam nigdy nie była.
Jak wida na zdjęciach, basenik dla jachtów duży nie
jest. Poza tym woda w nim nie jest spokojna. Brakuje
socjalu dla gości, ale może z czasem... No i w złej
pogodzie wejście i wyjście może być trudne.
Wychodzimy z portu jeszcze wcześniej niż z Helu, ale po co
czekać. Wiatru nie ma. Za wejściem zatrzymujemy silnik i
wchodzę do wody się wykąpać. W końcu nie ma sinic, woda
czysta i klarowna, aż miło w niej pływać. Sprawdzam dno i
trafiam na części czyste (opisane to jest w artykule o myciu
dna jachtu). Trochę na żaglach, trochę na silniku, ruszamy
na zachód. Zmieniły się warunki. W końcu przestało być
bardzo gorąco, do tego musimy halsować, no i kąpiel.
Żegluga zrobiła się naprawdę przyjemna, zwłaszcza jak po
pewnym czasie wiatr wyraźnie wzrósł. O godzinie 15
cumujemy w Dziwnowie. Znów, po dwóch latach, trafiamy do
tego portu.
Zwiedzanie zwiedzaniem, spacery spacerami (dwa lata temu
była fatalna pogoda), ale mając trochę czasu zabieramy się
za solidne mycie pokładu. Kokpit został wyczyszczony jak
nigdy od dawna, łącznie z resztkami żywicy i różnymi
dziwnymi plamkami. Kilka godzin na to zeszło, ale efekt
powalił.
Nawet pawęż dostała swoje 5 minut i ślady spalin zostały
zmyte całkowicie. Na zdjęciu widać poświęcenie
w myciu... ;)

W sumie mamy czas wolny, i czekamy na regaty. Leniwie, bo
urlopowo. W piątek dojeżdża Andrzej. W sobotę wychodzimy
rano na wyścig.
Oglądamy na wodzie bliźniaka Czarodziejki, czyli jacht
Hruby.
Jachtów na regatach było rzeczywiście dużo. Ale w klasie
ORC, czyli w naszej, jachtów było tylko 9.
Wiatr słaby, sędziom udało się przeprowadzić wyścig
krótki, o nietypowej dla nas trasie, co spowodowało
paskudny błąd. Po prostu przerwaliśmy wyścig, myśląc że
już minęliśmy metę, a okazało się, że tak nie było. Słabym
pocieszeniem jest fakt, że zdarzyło się to też i Hrubemu i
Atlantic Puffinowi. A wszyscy czytaliśmy, niby ze zrozumieniem,
instrukcję żeglugi. To chyba upał tak na umysły zadziałał.
Drugi wyścig miał być wyścigiem długim. Okazał się jednak
krótki, krótszy od poprzedniego, z powodu tego, że dwa
boki były żużlowo-spinakerowe, i z powodu wzrostu siły
wiatru.
Cóż, wynikiem nie bardzo można się chwalić, konkurencja
żeglowała dobrze, a my dodatkowo mieliśmy już zarośnięte
dno. Te dwa słabowiatrowe wyścigi ustawiły wyniki regat,
bo następnego dnia, w silnym wietrze, organizator odwołał
regaty. Nie było okazji się zrewanżować. Inna sprawa, że
nie wiadomo, jak ten rewanż by nam wyszedł. Ale wtedy
jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo jacht jest
zarośnięty.
Inna zupełnie sprawa, że wyniki były liczone metodą
TimeOnTime, triple number. Dla nas, ze wschodu, sytuacja
już niemal zapomniana. Proponowałem pomoc w liczeniu
wyników metodą PCS, ale propozycja nie została przyjęta.
"Może w następnym roku". Szkoda, bo to jednak jest nie to,
co powinno być.
Dodatkowo, w metodach prostych, przygotowanie jachtu do
regat pod kątem konfiguracji świadectwa jest ważniejsze
niż przy innych metodach liczenia wyników. Tutaj zapewne
byliśmy (i nie tylko my) w plecy.
Wyniki
regat podane na sposób "zachodni".
Za to niepowtarzalną okazją było wzajemne obejrzenie dwóch
jachtów. Dotąd z Robertem, właścicielem Hrubego, znaliśmy
się tylko wirtualnie. Teraz nie dość, że się razem ścigaliśmy,
to jeszcze jachty zacumowały obok siebie. Koniecznie
trzeba było wzajemnie się pozwiedzać.
Andrzej pojechał do domu w niedzielę po zakończeniu regat,
więc znów zostaliśmy sami. Regaty zakończone, znów pływamy
turystycznie. W poniedziałek krótki etap do Kołobrzegu.
Tam Czarodziejka też jeszcze nie była.
Wiatr wiał z zachodu, i nie był wcale słaby. Najpierw
upewniliśmy się, że akwen S12 jest otwarty.
Potem robiliśmy próby ustawiania sztaksli przy pomocy
spinakerbomu na kursach pełnych. Od fordewindu do
baksztagu. Było to dawno planowane, ale jakoś zawsze
brakowało czasu i warunków odpowiednich.
Pogoda była świetna, bo skończyły się cisze i upały. A
woda bez sinic zawsze była do dyspozycji.
Wejście do Kołobrzegu, po jego poszerzeniu kilka lat temu,
jest naprawdę przyzwoite. Co prawda nie wchodziliśmy w
ciężkiej pogodzie, ale takie sprawia wrażenie. Ruch
całkiem spory, bo i port jest duży, a i miasto nie takie
małe. Marina dla gości także jest nowa i także duża.
Miejsca nie brakuje.
Wejście do Kołobrzegu zamknęło listę polskich portów do
odwiedzenia. Czyli od Świnoujścia po Górki, Czarodziejka
była we wszystkich portach morskich, do których jest w
stanie wejść.
Świnoujście, Dziwnów, Mrzeżyno, Kołobrzeg, Darłowo, Ustka,
Łeba, Władysławowo, Hel, Jastarnia, Kuźnica, Puck, Gdynia,
Sopot, Gdańsk, Górki. No ok, zostało Świbno, do którego
nigdy nie było po drodze. Ale to wyjątek.
W Kołobrzegu do zwiedzania jest sporo, jedno popołudnie na
zbyt wiele nie pozwoli. Ale przecież nie trzeba zwiedzać
wszystkiego.
Pierwszą rzeczą jaką się robi w nowym porcie jest szukanie
dobrego obiadu. A potem można zwiedzać. Spacer nabrzeżem,
oczywiście latarnia morska, potem deptak nadbrzeżny, molo
i powrót na jacht. Po drodze jakieś lody, bo w końcu czemu
nie?
Następnego dnia ruszamy w drogę powrotną. Oczywiście, jak
zwykle, akwen nr 6 jest zamknięty akurat wtedy gdy do
niego dopływamy. Albo byśmy dopłynęli. Żonglujemy mądrze
kursem tak, żeby opłynąć akwen optymalnie, tracąc jak
najmniej i będąc we właściwym miejscu o właściwym czasie.
Płynący za nami Atlantic Puffin ma łatwiej, bo
płynie później i trafia tak, że może przejść przez
poligon.
Nam się tylko udaje ściąć narożniki. Jest o tyle łatwiej,
że halsujemy. A że w nocy, to cóż. Wiatr nie jest silny,
płynie się bardzo spokojnie. O godzinie 10:30 mijamy
Rozewie i zaczyna się dylemat, jak najefektywniej dopłynąć
do naszej mety. Mamy przeciwny wiatr i prąd. Halsujemy
dość daleko od brzegu, ale to nie był dobry pomysł. Puffin
w ogóle popłynął morzem, a trzeba było płynąć "po plaży".
Z drugiej strony, płynie się bardzo przyjemnie i nigdzie
nam się, w zasadzie, nie spieszy.

Od Helu jest szybciej, bo skończył się prąd, a do Górek dochodzimy
niemal jednym halsem.
Cumujemy o 21:45.
Cały rejs trwał 11 dni, przepłynęliśmy 401 mil w wyjątkowo
spokojnej pogodzie i po wyjątkowo spokojnym morzu.
Rzeczywiście było urlopowo. Poza tym udało się zwiedzić
dwa nowe porty i wystartować w dużych regatach.
Od strony regatowej wyszło słabo. To znaczy drugi raz w
Dziwnowie dostaliśmy lanie. I choć znamy przyczynę, to
jest to niewielkie pocieszenie. Po prostu zmarnowana
okazja na lepszy, może dobry, wynik. Do tego Hruby nas
pokonał.
Od strony urlopowej za to wyszło bardzo dobrze. Wyjątkowo
spokojne morze słaby wiatr, ciepła woda (gdy już nie było
sinic). Do tego dwa nowe porty i trzeci niby znany, ale
tym razem oglądany w dobrej pogodzie. Jak na Bałtyk -
rewelacja!