Zdjęcia z
samych regat zrobiła Anna Komosińska.
Zdjęcia z zakończenia zrobił Bronisław Trzpis, nasz kolega i
konkurent z „Zorby”.
O Pucharze 6 Piw już kiedyś pisałem. Choć wtedy nam
zupełnie nie poszło.
Impreza jest już stara (21 sezon!), zacna, zabawna.
Wyniki w systemie NHC są kompletnie nieprzewidywalne, wygrać
może każdy jacht, zwłaszcza jak zaczyna starty a załoga umie
żeglować. Umiejętność żeglowania pomaga w wygrywaniu każdych
regat, ale to inna rzecz...
Zgadałem się z Tomkiem z Rastabana, że skoro nie mamy załogi
na wyścig (moja załoga częściowo się rozchorowała, częściowo
wyjechała), to może warto wspólnie, na którymś z naszych
jachtów. Stanęło na tym, że teraz na moim, a za tydzień na
jego. Co miało, jak się okazało, bardzo pozytywne
konsekwencje.
Przybywamy najpierw do JSG, żeby zapłacić wpisowe do regat
(całe 10 złotych od jachtu) i zdobyć bezcenną informację o
trasie wyścigu. Z tym pierwszym nie ma kłopotu, z drugim i
owszem, bo komisja jeszcze nie wie, jak wieje. Musi popłynąć
i zobaczyć już na morzu, co się dzieje i wtedy zadecydować.
Całkowicie słusznie. Wracamy do AKM-u, szykujemy jacht.
Mając trochę czasu, i wątpliwości co do warunków, także
wychodzimy na Zatokę, sprawdzić namacalnie co wieje. Wiatr
jest, może nie bardzo silny, ale wątpliwości co do tego, czy
genua duża czy mała, są. Ale płynięcie po rzece na start
mówi nam, że tutaj wieje mało i większy żagiel się przyda.
Zdobywamy informację o trasie. Start jest dość krotki,
jachtów 12, kierunek do wyjścia na morze, wieje z lewej
strony, bajdewindowo. Nie chcemy startować przy bojce, bo
będziemy zasłonięci przez inne jachty, a Czarodziejka
wielkością nie powala. Nie chcemy startować przy klubie, bo
wiatr wyraźnie słabszy. Startujemy w środku, bardzo dobrze,
najlepiej ze wszystkich i szybko wychodzimy przed Papaja 2.
Groźba zasłonięcia przez inne jachty znika, bo jesteśmy na
czele. Major jest równolegle, ale niżej i szybko odchodzi
pod groblę. Tomek pracuje intensywnie na genui, ja podobnie
na grocie, i uciekamy wszystkim. Poza Majorem. W wejście
wchodzimy równo, ale oni schodzą do grobli, szukając
silniejszego wiatru. My blisko NCŻ, mamy krócej. Ale ich
decyzja była lepsza, trochę nam uciekli. Za głowicą lekko
odpadamy na GW. Wiatr nawet jest, rozpędzamy się. Żałuję, że
brasy są na lewej burcie, gotowe do postawienia spinakera na
powrocie i nie możemy szerzej prowadzić genui. Trudno się
mówi. Powoli dogadania nas Albacora, ale do GW nie daje
rady. Ostrzymy, skręcamy w lewo na pławę P14. Wiatr wzrasta,
żegluga robi się jeszcze ciekawsza. Halsówka idzie dobrze i
na boję wpadamy tylko za Majorem. Czas na spinaker. Ponieważ
ja jestem bardziej biegły na swoim jachcie w szykowaniu
spinakera, zamieniamy się na sterze. Stawianie nie idzie
może najszybciej, ale idzie. Stawiamy spinakera mniejszego,
czarnego, bo kurs jest dość ostry. Nie zrzucamy genuy, co
było błędem. Spinaker z genuą zawsze pracuje gorzej i tylko
strata na manewrze zrzucania i potem stawiania, może być
pewnym wyjaśnieniem decyzji.
Zerkam do tyłu, za co dostaję ochrzan. Ale uciekamy innym.
Major za to ucieka nam, ale to ich zbójeckie prawo.
W wejściu trzeba zrzucić spinakera, choć przeciągamy to na
ile się da.
Zbliżamy się do mety, wciąż na drugim miejscu.
Przed metą znajduje się obiekt pływający. Regulamin obiektu jest zabawnie
napisany, ale traktowany jest serio, także punkt 5.
W każdym razie sprawa wygląda mniej więcej tak.
„Na obiekcie pływającym znajdują się łupy, które można
zdobyć. Dwa samce gatunku ludzkiego, będące na jachcie,
zawsze chcą się wykazać sprawnością łupieżczą. Właściwie nie
dotyczy to tylko samców, bo młode pokolenie także chce się
wykazać, co widać także na zdjęciach. Zdobyte łupy zawsze
cieszą bardziej...”
Czytała Krystyna Czubówna.
Oto obiekt pływający. Jak widać, skrzynka jest z kadłubem
dość mocno zintegrowana.
Na Czarodziejce widać przygotowanie na pokładzie do ważnej
akcji.
Sekwencja zdobywania łupów. Akcja, jak widać, skuteczna...
Zadowolenie na twarzach - bezcenne. ;)
Łupy zdobyć chcą wszyscy, także młode pokolenie.
Sprawa wcale nie jest taka prosta, i nie wszystkim udaje się
dobrze podejść. Ale to normalne, tak się zdarza.
Gdy wszystkie jachty już weszły na metę, gajowy (to znaczy
komisja sędziowska, rzecz jasna) robi porządek i zabiera
zabawkę.

Zakończenie regat odbywa się tym razem w AKM-ie, co oznacza,
że mamy blisko. Klarujemy najpierw jacht i udajemy się na
„wyszynk”. Głód popędza, ciekawość wyników także.
Okazało się, że wygraliśmy klasyfikację NHC i zdobywamy
główną nagrodę, czyli trzy piwa browaru Amber. Potem okaże
się, że wygraliśmy także pozostałe klasyfikacje: ORC i KWR.
Za to nie ma nagród, ale miło wiedzieć...
Czemu na początku napisałem, że złamaliśmy system NHC?
Dlatego że na ostatnie regaty w cyklu, 28 września,
popłynęliśmy też razem, ale na innym jachcie, czyli na
Rastabanie. Tylko w odwrotnej konfiguracji, ja jako załoga,
Tomek jako sternik.
Ponieważ również popłynęliśmy dobrze (ponownie najlepszy
start), bardzo skutecznie na spinakerze, i jacht startował
pierwszy raz w cyklu w tym roku, to udało nam się ponownie
wygrać klasyfikację NHC.
Poza tym tak samo udało nam się zdobyć łupy z obiektu
pływającego. Czy wygraliśmy także w pozostałych
klasyfikacjach, to jeszcze nie wiadomo, bo nie ma wyników na
stronie.
Reasumując - bardzo fajna zabawa pod koniec sezonu. A jak
jeszcze ktoś lubi piwo, to już pełnia szczęścia.