Czy pisząc relację z rejsu, regat,
które odbyły się w znanym już miejscu, można napisać coś
nowego i ciekawego? Zwłaszcza gdy te miejsca są
powszechnie znane. Wszyscy byli w Świnoujściu, w Dziwnowie,
zwłaszcza na Bornholmie, szczególnie na Christiansø.
Jeżeli ktoś tam przypadkiem nie był, to słyszał, widział
zdjęcia, czytał opisy.
Trochę lepiej jest z opisywaniem regat. Bo choć się
powtarzają, to jednak zawsze są inne. Co doceniają tylko
regatowcy, dla turystów to zazwyczaj mniej lub bardziej
nudne. Chyba że były wydarzenia krew w żyłach mrożące. Co
nie zdarza się często. W pływaniu na Czarodziejce jest
spokojnie. Bywa silny wiatr, jasne, czasami jakieś szarże
na spinakerze, ale do znacznie bardziej szalonych wypraw
na Pallasie* jednak daleko. Czy to dobrze? A może źle?
Pesel daje o sobie znać? Czy może własny jacht jest
traktowany inaczej? Ale przecież na Pallasie nigdy nic
złego się nie stało, nawet awarii było bardzo mało, a
poważnych nigdy. Więc jednak pesel? Z drugiej strony
jednak czasami czegoś brakuje. Właśnie odrobiny szaleństwa
czy nieodpowiedzialności.
To się bardzo kłóci z coraz lepszym i bardziej
drobiazgowym przygotowaniem jachtu. Z przygotowaniem
samego rejsu bywa czasami różnie, w tym wypadku wyszło
dość zabawne przeoczenie. Rutyna? To akurat źle.
Plan na rejs był dość podobny do poprzednich wypadów na
zachód. Regaty Unity Line - trzeba się w końcu odkuć i
wypaść dobrze. A potem Bornholm, na którym Asia nie była
nigdy, Czarodziejka ze mną też nigdy. Ja byłem kilka razy,
ale ostatni raz w roku 2009, więc dawno.
Ruszamy w sobotę, 27 lipca. Spokojnie i bez pośpiechu, czyli
o godzinie 14:45.
Prognozy ogólnie są dobre i ma być z wiatrem. Co oznacza,
że do Helu jest halsówka (tradycyjnie).
Skoro urlop, to musi być burza. Powinna być tradycyjnie
koło Helu. Ale jednak nie, coś się zmieniło i na razie
jest dobrze i spokojnie. Burza nas owszem, dopada, ale
dopiero następnego dnia o świcie, w okolicy Ustki. Trochę
deszczu, ale bez strat i bliskich piorunów.

W Świnoujściu cumujemy dokładnie po 36 godzinach od
wyruszenia, czyli o 2:45. Cały czas pływamy szybko.
Autopilot jest ogromnym ułatwieniem dla małej załogi. Mimo
tego, że działał niemal całą drogę, akumulator wytrzymał
bez problemu.
Mamy kilka dni wolnego do regat, więc odpoczywamy.
Znajdujemy w Świnoujściu restaurację, która stanie się
naszą ulubioną. Poza tym zwiedzamy. Między innymi trafiamy
do Szczecina, żeby kupić mapę Bornholmu. Cóż, nie pod
każdym względem byliśmy do rejsu przygotowani. W
Szczecinie zgarnia nas Marek, zawozi do sklepu, pokazuje w
szybkim tempie miasto i zaprasza na deser do restauracji w
wysokim budynku, z widokiem na całą okolicę.
Na jachcie, po wycieczkach, można miło wypoczywać. Można
też spotkać nieznaną wcześniej Granadę 27 - Sabinę. Jest
już w Polsce dość długo, sporo pływa, tylko rzadko
startuje w regatach.
Ciekawostką jest to, że ma silnik benzynowy (też 7,5 KM),
który w połączeniu ze stałą, małą, szybkoobrotową śrubą,
sprawdza się zupełnie dobrze.
Regaty Unity Line zaczynają się paradą w Świnoujściu.
Potem wychodzimy na redę portu, i startujemy do długiego
wyścigu do Dziwnowa.
Start wyszedł bardzo dobrze.
Wyścig w słabym wietrze, bajdewind odkręcający do
halsówki. Qualia poszła po starcie najbardziej w morze i
płynąc niewiele wyżej wyszła chyba jednym halsem na metę,
My także poszliśmy trochę morze, ale za mało. Być może
byliśmy zbyt mało zdecydowani. Inna sprawa, że ja cały
czas czekałem na odkrętkę w lewo. Która przyszła, ale
trochę późno, bo niedaleko mety. Trochę pozwoliło nam to
zniwelować straty. Inna sprawa, że w czasie wyścigu
dopadła mnie gorączka i dreszcze. Dobra załoga ugotowała
herbatę, ubrałem się ciepło i dotrwałem do końca wyścigu.
Naszą największą konkurencją był oczywiście bliźniak
Hruby. Weszliśmy na metę przed nim, ale zbyt mało, żeby z
nim wygrać.
Ten wyścig może służyć do długich rozważań o zastosowanej
strategii i taktyce. Jachty płynące blisko brzegu
zyskiwały. Do czasu zmiany, ale ta przyszła dla nas zbyt
późno.
W Dziwnowie cumujemy po godzinie 19.
Następnego dnia odbywają się dwa krótkie wyścigi, także w
słabym wietrze. Przez infekcję w nodze nie jestem w zbyt
wysokiej formie, co częściowo może tłumaczyć słaby wynik
regat. Przyczyn może być więcej, ale to zupełnie inna
historia.
Same regaty, w porównaniu do poprzednich edycji, zostały o
wiele lepiej na wodzie przeprowadzone. Nie można mieć
żadnych zastrzeżeń do tego, co było na wodzie i do tego,
jak zostały policzone wyniki (metodami PCS). Mimo słabego
wiatru komisja sędziowska wycisnęła z warunków chyba
maksimum.
To naprawdę duży skok jakościowy, który pokazuje, że jak
organizator chce, a sędziowie umieją, to regaty wchodzą na
zupełnie inny poziom.
Część lądowa zawsze była na wysokim poziomie, więc tutaj
także nie można mieć zastrzeżeń.
Już po zakończeniu regat, dzięki uporowi Pawła Hapanowicza,
i pomocy Grzegorza, mimo niedzieli, trafiam do lekarza w
szpitalu w Kamieniu Pomorskim i mogę zacząć leczyć moją
nogę. Byłem sceptyczny co do całej akcji, ale wyszło
wszystko bardzo sprawnie. Bornholm, wiszący trochę na
włosku, stanął otworem. Choć nie od razu, poniedziałek
spędziliśmy jeszcze w Dziwnowie.
We wtorek, prawie o świcie, czyli o godzinie 7:15
wychodzimy z Dziwnowa i ruszamy na północ. Ponieważ to już
turystyka i urlop, nie może być za spokojnie. Wiatr
cichnie jakiś czas później i dwie godziny korzystamy z silnika.
Potem przychodzi burza, z bardzo silną ulewą. Duże zdziwienie
i niepewność wywołuje w nas statek, który dogania nas
bardzo powoli, wyprzedza jeszcze wolniej, aż w końcu,
niedaleko nas, stopuje i dryfuje.
Po drodze robimy dobry uczynek, przy okazji ćwicząc MOB-a,
i wyławiamy z wody balonik.
Pogoda się poprawia, pojawia się wiatr. Końcówka przed Nexø
jest naprawdę bajkowa, przechodzimy blisko brzegu, w
zachodzącym słońcu i na gładkiej wodzie, pod żaglami,
mijamy łódki wędkarzy, płynąc niezbyt szybko, bo z
prędkością 4 węzłów. Przelot tym razem nie jest zbyt
szybki, bo trwa 11,5 godziny, ale cumujemy przed nocą.
Ktoś może zapytać, czemu Nexø? Bo jest najbliżej Polski, i
od strony Dziwnowa i od strony Górek. Poza tym to łatwy
port i duży. Plan na zwiedzanie wyspy mamy nietypowy. Zamierzamy
z Nexø uczynić bazę, a podróżować autobusami. Ewentualnie
pieszo.
W Nexø chyba wszyscy byli. Ale relacje pisze się także dla
siebie, także dla siebie wstawia się zdjęcia.
Widoczny na zdjęciu katamaran Jantar przypływał codziennie
z Kołobrzegu, przywożąc i zabierając sporą grupkę
turystów. Polaków jest na wyspie na tyle dużo, że w wielu
restauracjach menu jest po polsku. Dla mnie to nowość.
Na zdjęciu widać lodziarnię, która miała całkiem dobre
lody. Co sprawdziliśmy, rzecz jasna.

Zwiedzaliśmy nie tylko Nexø. Autobusami można dotrzeć
niemal wszędzie. Np. do Rønne. Co prawda w planie na ten
dzień było inne miejsce, ale nie dogadaliśmy się z
rozkładem jazdy. ;)
Wyprawa do Allinge to trochę inna sprawa. Powrót do
miejsca i do wspomnień ze
zwariowanej wyprawy małym Pallasem na MPE w roku
2006, w drugiej połowie września. Bez silnika, bez radia,
bez autopilota, bez wiatromierza. Sam porcik wygląda jak
13 lat temu (pomijając nowy falochron), ale np. platformy
spacerowe na skałach są nowe. Tak samo jak domek na różne
imprezy (tak wynika z wyglądu i opisu).
W Nexø odbywają się targi, zupełnie jak u nas.

Do Hammershus pojechaliśmy także autobusem. Zwiedziliśmy
zamek a potem poszliśmy na północ. Chwila w porcie, gdzie
zaskoczył nas facet, płynący wpław z kubkami kawy do
swojej dziewczyny, w maleńkim domku na odludnym końcu
portu (miejsce chyba dla tych, którzy lubią w nocy duże
odosobnienie...).
W samym porcie dało o sobie znać zainteresowanie żyjątkami
morskimi. Asia oglądała krewetki i próbowała jakąś wziąć
do dłoni. Krewetki są ciekawskie i próbowały podgryzać
palce. Skończyliśmy w Sandvig, oczywiście na przystanku
autobusowym.
Nie zawsze jeździliśmy autobusem. Do Balka jest dość
blisko i ruszamy pieszo. Po drodze mała przystań, rezerwat
ptaków. Na końcu plaża, z której korzystamy maksymalnie,
kąpiąc się. Przy dość dużych falach.
Czas na Bornholmie dobiega końca. Czekamy jeszcze na
poprawę pogody i wychodzimy po 15 z Nexø, gdy silny wiatr
zaczyna cichnąć. Wieje jeszcze naprawdę mocno, ale od
lądu, do tego baksztag. Celem jest
Christiansø. Przed samą wysepką wiatr bardzo maleje, ale
mimo wszystko wchodzimy przezornie i z ciekawości przez
wejście północne.
Cumujemy przy pomoście promu, ale nie jest to żadnym
problemem, skoro chcemy zatrzymać się tylko na wieczór.
Zaskakuje nas przejrzystość wody. Wydaje się, że zaryjemy
balastem o dno, ale to tylko złudzenie. Pięknie widać
płetwę sterową.

Na Christiansø też wszyscy już byli. Albo przynajmniej
zdjęcia widzieli.
Jest już w zasadzie po sezonie, więc poza nami cumuje
tylko jeden jacht. Jest już niemal wieczór (bo godzina 18)
więc wszystko zamknięte. Poza knajpką z tubylcami. Robimy
obchód obu wysepek, szybki ale bez pośpiechu.
Wspomnienia wywołuje widok pomostu kąpielowego - kiedyś
miałem okazję skorzystać, ale było jednak dużo cieplej...
Zwiedzanie wysepek trwało niecałe 2 godziny. Pokłosiem
jest poniższa galeria.
Galeria zdjęciowa z Christiansø
O godzinie 19:45 ruszamy w drogę do domu. Czas na kolację,
herbatę. Trzeba korzystać z dobrej pogody, bo może być
różnie. Po nocy zaczyna całkiem mocno wiać. Duże fale z
baksztagu, wyłączamy autopilota.
Po południu wiatr słabnie, a ja zaczynam robić coś do
jedzenia. Kołysanie zaczyna być irytujące, wszystko po
kambuzie lata. I wtedy przychodzi olśnienie. Jacht jest
niedożaglowany. Czemu? Bo autopilot, bo lenistwo, w sumie
bez istotnego powodu. Stawiamy spinakera, jacht wyraźnie
przyspiesza, a kołysanie niemal zanika. Jacht płynie
bardzo stabilnie i szybko.
Nie rozumiem żeglarzy, którzy nie chcą mieć na jachcie
spinakera. To wyjątkowo pożyteczny żagiel, pomaga nawet na
chorobę morską... Co warto przemyśleć.
Cumujemy w AKM-ie po 38 godzinach.
Podsumowanie techniczne. Rejs trwał 18 dni, ale postoje
zajęły sporą część wyprawy. Log pokazał łącznie 490 mil,
ale naprawdę było trochę więcej, bo w tym sezonie log
zaniżał prędkość jachtu.
Regaty Unity line nie wypadły najlepiej, 6. miejsce na 8
jachtów trudno uznać za sukces.
Za to urlop, spokojny wypoczynek, był rzeczywiście udany.
Pogoda była generalnie niezła, a że do ideału trochę
brakowało, można się przyzwyczaić. Jacht trafił do nowych
miejsc, przydała się w końcu duńska banderka. Plan
dotarcia na Bornholm był już od kilku lat, ale zawsze coś
przeszkadzało.
Kłopotów nie było żadnych, nie trafiła się żadna awaria.
* Na Pallasie, wcale nie tak dawno temu, pływałem za granicę
w miejsca dziwne i trudne, oczywiście w regatach, bez
silnika, bez autopilota. Bałtijsk i Kłajpeda (Regaty
Heweliusza), Allinge (Mistrzostwa Północnej Europy ORC, w
drugiej połowie września), Litwa i Łotwa (Baltic Open
Regatta w czerwcu).
Relacje z tych wypraw były publikowane w „Żaglach”, są także
na stronie JKM Gryf, we wspomnieniach.