Oficjalny
opis tych regat jest oczywiście na stronie Gryfu. Do
tego wyniki, listy startowe i wszystko to, co powoduje,
że można uznać, że regaty są porządnie podsumowane. W
tym relacje z innych jachtów (na razie jedna), czyli
inne spojrzenie na sprawę.
Na stronie Czarodziejki nie ma lukrowania i pudrowania.
W związku z tym pojawi się opis trochę inny, żeby nie
było nudno. Oraz w celach dydaktycznych i ku pamięci
(mojej!).
Najpierw refleksja. Dość często po regatach słyszę
teksty typu: to nie były nasze warunki, wiatr rozdał
karty, awaria nas załatwiła, nie mieliśmy załogi i tak
dalej. Są to, tak naprawdę, słowa-wytrychy, które mają
tłumaczyć słaby wynik. Poza tym oczywiście popłynęliśmy
świetnie, przegraliśmy przez... i tutaj wstawia się to
co wyżej.
Z innej strony słychać czasami takie stwierdzenia:
popłynęliśmy absolutnie najlepiej, bezbłędnie i brak
wygranej wynika z: ORC, świadectw, błędów sędziów itp.
itd. a ogólnie przeliczniki są do bani, bo nic lepiej
nie dało się zrobić.
Bywa też czasami tak, że winna jest załoga, w oczach
sternika. Gdybym miał załogę to... Albo gdyby załoga nie
zrobiła takiego błędu to byśmy wtedy pokazali...
Te trzy opisy mają jeden podstawowy feler: nie mówią o
błędach popełnionych na pokładzie. Co automatycznie
zamyka drogę do poprawy sytuacji i wyników. Błędach
głównie sternika. Oczywiście załoga może czasami nawalić
poważnie, coś zepsuć. Zwłaszcza na dużym jachcie. Ale
sternik i tak o wszystkim decyduje, a jeżeli nie ma
dobrej załogi, to czyja to jest wina?
Pomijam w rozważaniach ewidentne błędy załogi na
pokładzie. Sprawa jest oczywista i nie ma o czym mówić.
Pomijam także sytuację, gdy na pokładzie jest
rzeczywiście zielona załoga, która nie poradzi sobie z
ciężkimi warunkami. Wtedy sternik musi to brać pod uwagę
i odpuszczać.
Co nam pozostało? Błędy sternika. Temat rzeka, a są to
błędy decydujące o wyniku o wiele bardziej niż np. błąd
załogi ze spinakerem.
Co gorsza, sternik może nie wiedzieć, co zepsuł. Ale jak
się rzetelnie zastanowi, to może znajdzie swoje błędy?
Pozostało nam jeszcze przygotowanie jachtu do regat.
Drugi temat rzeka.
W przygotowaniu jachtu zasadą powinno być, że
przed regatami, np. dzień lub dwa, ktoś ogarnięty,
najlepiej skipper, przyjeżdża na jacht i spokojnie
wszystko przygotowuje. Zakłada lajfliny na pokładzie,
dolewa paliwa do zbiornika, dolewa wody do zbiornika,
dolewa paliwa do kuchenki albo sprawdza gaz (jak jest
butla) ładuje akumulatory oraz baterię ręcznej UKF-ki i
akumulatorki do GPS-ów, latarek i tak dalej.
Jeżeli spodziewa się gorszej pogody, to zakłada na
grocie refy (w naszym przypadku chodzi o przywiązanie
refszkentli do remizek na liku tylnym).
Czemu nie w dniu wypłynięcia? Żeby robić to spokojnie i
żeby, w razie braków, był czas na poprawę. Po prostu
taka zasada, jak u bohatera filmów z serii „Transporter”.
Warto też siebie przygotować. W tym wypadku w sensie
tego, żeby coś widzieć w deszczu. Deszcz okazał się
sporym utrudnieniem i założenie szkieł kontaktowych
zamiast okularów mogło mocno poprawić sytuację.
Jeżeli chodzi o przygotowanie jachtu, to nie zostało ono
zrobione przed wypłynięciem. Oczywiście z powodu „braku
czasu”. W sobotę, przed wypłynięciem, dolałem paliwo do
zbiornika (było już naprawdę niewiele), dolałem paliwo
do kuchenki (jeden palnik był pusty). Zrobiliśmy jeszcze
kilka rzeczy, zapominając o dwóch ważnych. O założeniu
refszkentli drugiego i trzeciego refu. Oraz o dolaniu
wody do zbiornika.
Po drodze do Gdyni jeszcze dozbrajaliśmy jacht,
ładowaliśmy bateryjki różnych urządzeń.
Sprawa braku wody wyszła na jaw po wyjściu na regaty,
przy uzupełnianiu butelek przeznaczonych na wodę do
picia. Dobra dusza z innego jachtu poratowała nas
kilkoma litrami w baniaku. Nie miało to co prawda wpływu
na wynik, otrzymana woda nam się nie przydała, ale sam
fakt takiego przeoczenia był deprymujący.
Start w słabym bardzo wietrze był mocno średni.
Spóźniony i większy jacht nas przykrył. Potem udało się
z tego wygrzebać, ale jednak pierwszy błąd zaliczony. Po
rozprowadzającej był spinaker na ostro. W takich
warunkach, dość rzadko, dobry jest genaker, ale takiego
żagla na jachcie nie ma.
Około 4 mil przed pławą HLS wiatr wyostrzył. Jakiś czas
próbowaliśmy utrzymać spinakera już całkiem na ostro.
I to był kolejny błąd. Należało albo zrzucić spinakera i
iść wyżej w prawo, albo polecieć w lewo na spinakerze i
potem, drugim halsem, na skręcającym wietrze, okrążyć
cypel. Tylko że trudno było przewidzieć, kiedy wiatr
mocno skręci w lewo. Spinaker, mokry od deszczu,
wylądował w kabinie.
Okrążanie półwyspu zawsze jest ciekawe. Przydaje się
dobra echosonda. Można było popłynąć trochę bliżej
brzegu. Potem długi bok połówkowo-baksztagowy. Znów na
genaker. Czy na spinaker? Spinaker, mniejszy, czarny,
był nawet wpięty, ale kilka razy uznałem, że nie warto.
Tuż przed pławą WŁA należało przełożyć brasy i fał na
drugą burtę, żeby używać brasu do genuy na pełniejszym
kursie. A potem, żeby być gotowym do postawienia
spinakera jak najszybciej się da. Po ominięciu pławy
kurs był ostro na wiatr. Wiatr był już silny i jacht
leżał na kancie.
Wzięliśmy zaraz za WŁA pierwszy ref na grocie (za późno,
można to było zrobić jeszcze przed okrążeniem pławy).
Szybko się okazało, że to za mało. Przydałby się drugi
ref, ale nie był założony.
Jacht był przeżaglowany. Wymiana genuy oznaczała dużą
stratę, a trudno było przewidzieć, jak mocno wiatr
wzrośnie i kiedy osłabnie. W tej sytuacji wybrałem
przetrwanie, licząc że albo wiatr osłabnie, a jak nie,
to za Jastarnią będzie można odpaść. Błąd, należało
założyć linkę drugiego refu i zarefować grota bardziej.
W silnym wietrze i w deszczu okulary były niemal
bezużyteczne. Szkoda że nie miałem szkieł. W trudnych
warunkach i na dużej fali wszyscy(?) bali się
płynąć blisko brzegu. My i tak szliśmy najbliżej w
naszej stawce, ale można było bliżej. Było to istotne,
bo wszystkich spowalniał silny, przeciwny prąd.
Za Jastarnią można było trochę odpaść, ale ponieważ
wiatr wzrósł, jacht dalej leżał na kancie. W pewnym
momencie, luzując żagle, należało przełożyć róg szotowy
genuy na bras, żeby lepiej wytrymować żagiel. Brasy nie
były przełożone, fala była już naprawdę duża, jacht miał
bardzo silny przechył. W tej sytuacji także wydawało
się, że lepiej jest przetrwać niż poprawiać sytuację
przez manewry na dziobie i na nawietrznej. Koniec
półwyspu się zbliżał, a jacht i tak płynął bardzo
szybko. Zaczęliśmy odpadać. W pewnym momencie należało
postawić spinakera, ale nie był gotowy. Silny wiatr
zniechęcał do tej operacji. Dodatkowo, kalkulacja
wykazywała, że do Gdyni będzie fordewind i lepiej będzie
płynąć prawym halsem. Nie chcąc ryzykować
przebrasowania, poczekaliśmy na możliwość zwrotu. Jedyne
co zrobiliśmy dla przyspieszenia jachtu, to zdjęcie refu
na grocie.
Jak widać, całe okrążenie półwyspu zostało źle
rozegrane. Przyczyną było złe przygotowanie, silny
wiatr, noc i deszcz. Oraz brak determinacji sternika.
Spinaker został przygotowany, zwrot przez rufę zrobiony.
Tylko że zaczęła się wtedy seria szkwałów. Zamiast
postawić jednak spinakera (małego, rzecz jasna), przez
jakiś czas płynęliśmy na motyla z genuą na
spinakerbomie. Po pewnym czasie, na szczęście niedługim,
jednak postawiliśmy spinakera. Na prawym halsie, co
jednak chyba było także błędne. Sama żegluga pod Gdynię
była sprawna, choć piłowanie na maksymalnie pełnym
kursie, na dużych falach, jest męczące. Minęliśmy pławy
G1-G2. Nie chcąc robić przebrasowania, zrzuciliśmy
spinakera i resztą drogi przepłynęliśmy na żaglach
podstawowych, baksztagami. To był kolejny błąd. Należało
po prostu postawić szybko spinakera na drugim halsie.
Byłoby i szybciej i bez takiego bujania na odbitej fali.
Możliwość robienia przebrasowań w silnym wietrze
umożliwia system podwójnych brasów.
Trzeba ten system koniecznie, w pełnym zakresie,
uruchomić i przećwiczyć.
Policzyłem wyniki alternatywne, sprawdziłem ile minut
szybciej musieliśmy przypłynąć, żeby zająć wyższe
miejsce.
Do Quanty (czyli trzeciego miejsca w generalce) zabrakło
nam 5 minut. Do pierwszego miejsca w grupie i drugiego w
generalce (czyli do wyprzedzenia Busy Lizzy), zabrakło
nam 11 minut. Do pokonania GoodSdeed-a - 24 minuty.
Wyeliminowanie choć części wymienionych błędów dałoby
nam coraz wyższe miejsce.
Z drugiej strony, są pozytywy. Zajęliśmy wysokie
miejsce. Całe regaty załoga przesiedziała na pokładzie,
czy w kokpicie czy na balaście. Niczego nie jedliśmy,
nikt nie spał (poza załogą na balaście). Nikt nie
chorował, nikt nie przemarzł. Z jachtu nie trzeba było w
ogóle wybierać wody, nie było żadnej awarii (poza
włączeniem się na rufie pławki świetlnej, której zamokły
styki). Załoga mówi, że dalej lubi te regaty... :)