Na Pucharze Korsarza pojawiliśmy
się po raz pierwszy od trzech lat, czyli od roku 2017.
Tak się układały dalsze rejsy. Regaty trochę
nietypowe, bo jest to jeden, dość długi wyścig, po
Zatoce.
Tym razem trasa miała 20 mil. Start na wysokości
Brzeźna, choć wcale nie tak blisko brzegu. Pława GD
prawą burtą, pława Wysypisko Gdańsk też prawą burtą,
pława N1 lewą, ale to raczej formalność, i niecałą
milę dalej meta w miejscu startu.
Formalności, czyli wizytę w PKM-ie, obok Twierdzy
Wisłoujście, załatwiamy w piątek.
W sobotę jedziemy wcześnie rano do Górek, wychodzimy o
godzinie 8, żeby zdążyć na start o godzinie 10.
Na planowany termin startu zdążamy, ale bez zapasu
czasu. To
jednak jest kawałek drogi, zwłaszcza pod wiatr. Ostatnie
szybkie przygotowania, np. przełożenie fału spinakera
z brasami na drugą burtę.
Sprawdzamy ciągle ustawienie linii startu, bo
wychodzi, że należy startować przy pinie. Ludzie w
większości nie rozumieją, jak się wybiera miejsce
startu. A jest do dokładnie opisane w „Praktyce
regatowej” Rymkiewicza.
Cóż, tylko dwa jachty startują przy pinie, ale ten
drugi na lewym halsie. Start jest bardzo dobry i
jesteśmy pierwsi. Nie jest to może duża przewaga, bo
linia startu była dość krótka, a odchyłka wiatru
nieduża.
Jest to istotne, bo szybkie jachty szybko nas dogonią,
a po starcie chcemy przejść na prawą stronę trasy.
Oceniam sytuację.
Wszystkim jachtom po zwrocie przejdziemy przed
dziobami, może z wyjątkiem Hadara. Czekam chwilę i gdy
już mam pewność, że Hadar nas wyprzedzi, robimy zwrot
i przechodzimy mu za rufą.
Płyniemy lewym halsem w dość słabym wietrze, pod
wredną falkę. Jacht nie idzie dobrze. Skupiam się na
sterowaniu. Po zawietrznej i wyżej na wiatr jest
Pallas, który jak zawsze wystartował przy komisji.
Powoli płynie czas i dystans. Do pławy GD, która jest
celem, jeszcze kawał drogi. Pallas robi zwrot i zbliża
się. Straciliśmy większość przewagi ze startu.
Oceniam, że miniemy się blisko. Odpowiednio wcześniej
robimy zwrot, podkładkę. Na tym halsie, przy
innej fali, a może z lepiej ustawioną genuą,
wychodzimy przed Pallasa i zostawiamy go w kilwaterze.
Z jednej strony rzadko stosujemy metody walki
bezpośredniej. Z drugiej - czasami trzeba, a Pallas
jest groźnym konkurentem. Można było to trochę
przeciągnąć, ale nie o to mi chodziło, gdy robiliśmy
zwrot. Poza tym, co nie zdarza się często, przeczucie
mówi mi wyraźnie, żeby nie płynąć w lewo. Rzadkich
przeczuć nie należy lekceważyć! Robimy zwrot na lewy
hals, uwalniając Pallasa z naszego cienia. Znów wredna
fala. Na naszej wysokości, choć sporo niżej, jest
Zefirek. Płyniemy równolegle. Rozglądam się uważnie i
odrobinę luzuję, i tak niewybrany do końca, szot
genui. To było to! Powoli Zefirek zostaje z tylu.
Wiatr lekko rośnie i zaczyna kręcić w prawo. Niewiele,
ale o to chodziło. Czasami wraca, ale per saldo...
Czas na zwrot. Pława coraz bliżej, jachty z lewej
strony trasy są wyraźnie za nami. Z wyjątkiem Hadara,
ale ten jest sporo szybszy. Pallas przechodzi nam
sporo za rufą. I choć końcówkę halsówki do pławy psują
nam trzy statki, które mniej lub bardziej nam
przeszkadzają, to łamigłówkę rozgrywamy poprawnie.
Trzeci statek odchodzi w bok na Gdańsk, dając nam
wolną drogę. Spinaker jest wpięty i czeka na swoją
kolej. Zaraz za pławą idzie w górę. I tutaj być może
popełniamy błąd, stawiając spinaker duży (kolorowy)
zamiast mniejszego (czarny), który jest o wiele
bardziej płaski. Kurs do wiatru jest ostry i na
płaskim spinakerze pewnie płynęlibyśmy szybciej. To
nie tak, że problem mnie zaskoczył. Rozważałem sprawę
wcześniej, ważąc z jednej strony powierzchnię dużego i
to, że po następnej pławie będzie przebrasowanie i
kurs może bardziej pełny oraz z drugiej strony lepiej
pracujący w warunkach genakerowych płaski spinaker, i
ewentualną jego wymianę po następnej pławie. Na to
warto nałożyć ewentualną zmianę siły wiatru. Co się
bardziej opłaca? Odwieczne dylematy, gdy ma się do
wyboru kilka żagli. Przy czym te kilka żagli to nie
jest komplet! Nie byłoby tematu, gdybyśmy mieli
jeszcze genaker... Cóż, budżet na jacht nie jest z
gumy.
Na pławę wchodzimy na drugiej pozycji, tylko za
Hadarem. Za nami jest Odyssey (który mocno spóźnił się
na start), ale i Quick Livener, i inne, teoretycznie
szybsze. Odliczamy czas Pallasowi, ale ten wchodzi za
nami 5 minut, albo i więcej. Jest bardzo dobrze!
Przed nami prawie 6 mil kolejnego boku, tylko że
prędkość sporo wzrosła, zwłaszcza VMG. Płyniemy w ślad
za daleko widocznym Hadarem. Za nami w pościg rusza
QL, który stawia genakera oraz Odyssey. Staramy się i
pracujemy na brasach. Dopiero gdy do pławy zostały
około 2 mile, wiatr słabnie a nam albo idzie gorzej
(fala zaczyna być odczuwalna), albo po prostu z tyłu
mocniej wieje. Kilka jachtów zbliża się, ale tylko QL
jest naprawdę blisko. Mimo wszystko do pławy Wysypisko
Gdańsk nie udaje mu się nas wyprzedzić. Wszyscy robimy
zwrot przez rufę. Wiatr w tym czasie jednak trochę
odkręcił i cała kalkulacja dotycząca dużego spinakera
poszła się... chędożyć.
Kurs jest znowu bardzo ostry. QL nas wyprzedza, tak
samo chwilę potem Odyssey. Ale wiatr rośnie,
przychodzą szkwały i czas spinakera zrzucić. Żegluga
się uspokaja, płyniemy trochę wolniej, ale za to w
dobry kierunku. Quick walczy dłużej niż my, ma w końcu
lepszy żagiel na te warunki, ale w końcu ulega. Inne
jachty, daleko za nami, postępują różnie. Część ma
spinakery, część nie. Trudno się mówi. U nas genua
oczywiście jest na szocie zewnętrznym. Mija kolejna
mila, wiatr jakby słabnie. Potem już nie jakby.
Oglądam się do tylu, patrzę do przodu. Nosz kurcze,
koniec lenistwa. Znów w górę idzie spinaker, ale
czarny. Przyspieszamy wyraźnie, zbliżamy się do pławy
N1. Za nią nie będzie zmiany kursu, co już wiemy,
znajdując na ploterze metę, która jest w miejscu
startu. Elektronika w służbie regat, heh. Oczywiście
to samo mogłem zrobić na naszym małym, starym, ręcznym
GPS-ie, marki Lowrance IFinder.
Jachty za nami na pewno się nie zbliżają, wręcz
przeciwnie. Widać za rufa tylko dwa, potem trzy
spinakery. Przed nami Quick stawia swojego genakera -
wywarliśmy na nim presję moralną... ;)
Wpadamy na metę kilka minut po Odyssey i Quick
Livener. Robimy znów przebrasowanie i ostrym
baksztagiem ruszamy szybko do domu, żeby bez problemu
zdążyć na zakończenie do PKM-u. Jesteśmy bardzo
ciekawi wyników. Wiemy że jest dobrze, ale jak bardzo
dobrze, jeszcze jest sprawą otwartą.
Nie znając jeszcze wyników, możemy oceniać nasz
pływanie. Start był super, pójście w prawo też było
dobrą decyzją. Genuę mogłem poluzować o te kilka cm
szotu wcześniej. Spinakera trzeba było postawić od
razu małego, może wcale nie musielibyśmy go zrzucać po
Wysypisku.
W efekcie wygraliśmy, pierwszy raz w tym roku, co
bardzo cieszy. Wcale nie tak łatwo jest wygrać regaty
w klasie ORC i nie zdarza się to zbyt często.
Wyścig nie był
krótki, trasa miała 20 mil, ale dawno nie trafiła
się tak dobra pogoda.
Chyba wszystkich zaskoczyły nagrody za pierwsze
miejsca w klasach. Poza oczywiście samym Pucharem
Korsarza, który przypadł w tym roku zwycięzcy w
klasie KWR.
Nam trafił się piękny gwóźdź, być może stary.
Wyniki klasy ORC.
Dużo zdjęć ze startu i zakończenia można zobaczyć na stronie Oficyny Morskiej.