Trasę Wyścigu B8 znamy całkiem
dobrze. Innymi słowy, nie był to nasz pierwszy raz.
Czasami było bardzo dobrze (wygrana),
czasami przeciwnie (wycofanie się).
Bywał silny wiatr, bywała cisza przed metą.
Reasumując: znamy ten wyścig nieźle.
Biorę urlop na piątek, żeby spokojnie przygotować
jacht i zrobić zakupy. Odbieram nową genuę po
naprawie, kupuję jedzenie i kwas chlebowy, ostatnie
ładowanie akumulatorów i akumulatorków, woda do
baniaków rezerwowych (wymagane przez przepisy OSR),
dokończenie rejestracji do regat.
Czas coś zjeść i czas popływać, tradycyjnie z jachtu.
Potem zjawia się załoga. Jest Andrzej, jest Ania
zamiast Asi.
Podczas odprawy dowiadujemy się, że dwa jachty się
wycofały. Mimo to flota ORC została podzielona na dwie
grupy.
Ostatnie przygotowania i wychodzimy. Wiatr z północy,
dość silny - wg naszej nieskalibrowanej elektroniki
wieje 14-16 węzłów. Fala jest całkiem spora, ale to w
Górkach normalne w takiej pogodzie. Stawiamy dużą
genuę, bo wiatr ma potem siadać. Ale żagli mamy za
dużo, więc refujemy grota, jako jedyny jacht (wiem,
niektórzy pewnie zmniejszyli sztaksle). Ponieważ
wszystkie grupy startują razem, w tym takie kolosy jak
I love Poland czy Globe, a warunki nie są lekkie,
linia startu jest dość długa. Sprawdzenie wiatru i już
wiadomo, że zdecydowanie warto startować przy pinie. I
tak właśnie startujemy: dość blisko pinu. Może można
było bliżej, ale byłby konflikt z Quantą - nie
chciałem ryzykować wywiezienia na falstart. Start mamy
bardzo dobry, właśnie tuż za Quantą, a że z dobrego
miejsca, to natychmiast zyskujemy sporą przewagę.
Wiatru jest
dużo, jacht jest lekko przeżaglowany, ale to w niczym
nie przeszkadza. W takich warunkach halsujemy naprawdę
dobrze, dopiero po kilku milach wyprzedzają nas jachty
szybsze, jak Smoke czy Fujimo 4 albo Blue Horizon.
Przed nami jest Vataha 2 i oddala się od nas bardzo
powoli. Cały czas czekam na odkrętkę wiatru w lewo i
na jego osłabnięcie. Kombinacje, jak daleko iść w
kierunku Gdyni, żeby nie przestrzelić. Zerkam na prawą
stronę trasy i dziwię się, bo część jachtów płynie
właśnie tam.
Kiedy wiatr odkręci wie oczywiście tylko wróżka. I
jakiś głos wewnętrzny we mnie, który w pewnym
momencie, po krótkim halsie w lewo, każe mi zrobić
zwrot. Taki głos wewnętrzny nie zdarza się często,
trzeba z niego korzystać.
Na trackingu z AIS-a widać, że trafiliśmy ze zwrotem
bardzo dobrze. Wiatr odkręcał i my razem z nim.
Oczywiście miejsce zwrotu zależało od prędkości
jachtu, każdy jacht musiał znaleźć swój własny punkt.
Jachty które poszły w prawo, w morze, zbyt daleko -
straciły. Podobnie jachty, które popłynęły zbyt daleko
w zatokę - przestrzeliły i też straciły.

To chyba w tym miejscu zapracowaliśmy na dobry wynik.
Oczywiście jeszcze wiele mogło się zdarzyć.
Wiatr powoli słabnie i zdejmujemy ref na grocie,
płynąc już prosto na Hel. Robi się ciemno.
Przepływamy w pewnej odległości od cypla. Nie za
blisko, bo wiatr cichnie, nie za daleko, żeby nie
nadłożyć zbyt wiele drogi. Gdzieś jest optimum
funkcji, ale jak to optimum znaleźć?
Mijamy cypel, wiatr rośnie. Niedługo potem możemy
lekko poluzować żagle i jacht się mocno rozpędza.
Pogoda jest niesamowita. Pełny księżyc świeci nam
prosto w rufę, na niebie widać gwiazdy, noc jest
wyjątkowo jasna. Rzadko to się zdarza, ale na
pokładzie dałoby się czytać. Poza tym to czerwiec,
więc noc będzie wyjątkowo krótka.
Robię kilka kanapek, bo jestem naprawdę głodny. Załoga
jakoś nie chce jeść, ale herbatę wszyscy chętnie
wypiją. Oglądamy sytuację na horyzoncie i na ekranie
plotera. To jednak fajna sprawa, gdy widać gdzie kto
jest i jak płynie.
Oraz, co jeszcze ważniejsze, jak zmieniają się
odległości między jachtami.
Wiatr się wypełnia i przerzucamy genuę na zewnętrzny
szot. Te szoty nie są zbyt dobrze dobrane. Były, ale
do starej genuy, która jest mniejsza. Rozpędzamy się
coraz bardziej. W zasadzie poza sternikiem załoga nie
ma co robić. Robimy eksperymenty z autopilotem, bo
jesteśmy już zmęczeni. Część załogi idzie spać. Wieje
coraz mocniej, wiatr podchodzi pod 17 węzłów. Jedyne
co możemy robić, to pilnować kursu i prędkości.
Staramy się, ale czy na pewno dobrze? Dłuższe jachty,
które były za nami i po zawietrznej, powoli nas
wyprzedzają. Wstaje świt, robimy przetasowania w
załodze, ja idę spać. Śpię 2 godziny. W tym czasie
wiatr przechodzi do rzeczywistej połówki, czasami do
lekkiego baksztagu. Fala wzrasta i jachtem zaczyna
rzucać. Trymujemy na nowo żagle - Czarodziejka jest
wyjątkowo dobrze zrównoważona, poluzowanie szotu grota
o kilka cm (dosłownie kilka) natychmiast czuć na
sterze. Uczulam załogę, że jak tylko musi choć trochę
wysilać się przy sterowaniu, to oznacza, że żagle są
przebrane. Minimalnie, ale przebrane.
Mijamy się z I love Poland mając do platformy 30
mil...
Znów oglądam sytuację na ploterze, sprawdzam
odległości. Nie jesteśmy ostatni.
Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że jesteśmy
najwolniejszym jachtem w stawce ORC. To oznacza, że
mamy prawo być ostatni, byle nie za dużo. To, że kilka
jachtów jest za nami, to nasz duży plus.
Dopiero po regatach sprawdziłem, że Double Scotch jest
od nas o kilka sekund wolniejszy. Gdybyśmy to
wiedzieli, to pewnie walczylibyśmy bardziej. Bo
właśnie Double Scotch staje się naszym najbliższym
rywalem. Jest większy i wyprzedził nas w tych
warunkach, ale niewiele. Tym się pocieszamy, że
niewiele. Mijają nas powracające jachty, oczywiście
sprawdzamy odległości i stwierdzamy, że chyba jest
dobrze. Oczywiście to nawet nie połowa wyścigu, i
wszystko może się zmienić, ale... Płyniemy za DS, mnie
się przestaje zgadzać kurs. Wprowadzam pozycję pławy
do plotera (na razie jest tam bardzo mało „prywatnych”
waypointów). Sprawdzam pozycję pławy w GPS-ie - jest
drobna różnica. No żesz.... A miało być jak w zeszłym
roku. Albo już wtedy było źle, albo pozycja się
zmieniła. To oczywiście drobna korekta, ale jednak
błąd. Coś, co trzeba zawsze sprawdzić, ehhh.
O godzinie 6:52 okrążamy pławę, meldujemy się u
operatora platformy. Powrót drugim halsem, czyli
siedzi się inaczej, co jest miłą odmianą.
To oznacza też konieczność dopasowania zewnętrznego
szotu na lewej burcie. Cztery razy luzuję jeden szot,
wybieram drugi, skracam strop, wybieram jeden szot i
luzuję drugi. Trwa to dobre 10 minut, w czasie których
tracimy. Takich rzeczy nie robi się na regatach!
Teraz czas na śniadanie. Tradycyjnie proponuję smażone
parówki z serem. Wieje dużo, fala z baksztagu, powoli
szykuję wszystko stawiam patelnię na kuchence. No i
zonk, paliwo się kończy. Myślałem, że wystarczy, ale
nie. Drugi palnik jest pusty. Kuchenki Origo 3000 są
super, ale jednak dolanie paliwa nie jest szybkie.
Gdzieś muszę umieścić dość jednak ciepłą patelnię,
zamienić zbiorniki (żeby nie czekać aż jeden
ostygnie), wyjąć spod koi butelkę z bioetanolem, nalać
litr paliwa, złożyć kuchenkę i znów zacząć smażyć.
Potem jeszcze herbata, tak przez wszystkich
upragniona. Trochę to trwało, ale podniosło morale
załogi. Po porządkach sprawdzamy na AIS-ie odległość
od DS - 0,7 mili dokładnie przed nami. Oceanna jest
znacznie dalej. Za nami widać między innymi Opole i
IRS Challenger. Co jakiś czas sprawdzamy odległości.
Double Scotch jest raz bliżej raz dalej. Jego bliskość
nas mobilizuje. Oni pewnie także starają się nam
uciec. Wiatr powoli odkręca na pełniejszy, ale i
rośnie. Odwieczny dylemat: stawiać? nie stawiać? Mowa
oczywiście o spinakerze. Oceniam, że nie warto.
W pewnym momencie nasz konkurent stawia genakera. No
tak, genaker, przy tym kursie jest lepszy od
spinakera. Patrzymy co się dzieje. DS przyspiesza, ale
i mocno odchodzi w bok. Płynie pełniej niż my, na moje
oko nic nie zyskując. Tylko że moje oko, trochę już
zmęczone i zaspane, nie wzięło pod uwagę, że nie
płyniemy dokładnie na nasz cel, czyli koniec półwyspu
(z zapasem), ale na pławę HLS. To niewielka różnica,
ale te kilka stopni właśnie ma znaczenie. Po prostu
płyniemy za ostro, a DH, odchodząc w lewo na
genakerze, traci mniej niż myślę.
Całą naszą trasę (i trochę więcej) widać dokładnie na
kolejnym zrzucie.

Na razie tracimy trochę metrów przez statek. Wiatr się
cały czas powoli wypełnia i w końcu uznaję, że czas
stawiać spinakera. Mniejszego, bo kurs jest ostry, i
wieje 18 węzłów i więcej.
Stawianie nam zupełnie nie idzie, bo jak już spinaker
postawiliśmy okazało się, że wypięty jest jego szot.
WTF?! Kuuuuuurcze! Trzeba go zrzucić na nawietrzną
(likwidując wcześniej spinakerbom), co Andrzej robi na
dziobie. Zbiera cały żagiel na pokładzie dziobowym,
Ania podaje mu szot. Powoli stawiamy żagiel w cieniu
genuy. Wpada częściowo do wody, ale w końcu idzie w
górę. Dużo na tym straciliśmy.
Ale w nagrodę zaczyna się fantastyczna jazda. W sumie
nic się nie dzieje, kurs coraz pełniejszy, zbliżamy
się do Helu z dużą prędkością. Doganiamy DS.
Uświadamiam sobie naszą pomyłkę nawigacyjną, lekko
odpadamy. Za to wiatr rośnie, wiatromierz pokazuje
ponad 20 węzłów. 22, 24, czasami 25. Trudno ocenić,
jak daleko należy ominąć cypel, żeby nie wpaść w słaby
wiatr. Na pewno nie płyniemy blisko brzegu, jednak
nagle odcina nam wiatr. Odcina dosłownie, wiatr maleje
do wartości 12-10 węzłów, momentami nawet mniej. Nie
trwa to na szczęście długo, ale wymaga uwagi na
szotach i sterze. Wiatr wzrasta i znów pędzimy, teraz
już fordewindem. DH przed nami tym razem wyraźnie
traci, bo genaker na fordewindzie jest gorszy od
spinakera. Zerkamy na zegarek, bojąc się prognozy,
która mówi, że późnym popołudniem wiatr ma mocno
osłabnąć. Wiatr słabnie powoli i zaczyna się
rozważanie o zmianie spinakera.
Przed nami widzimy, jak DS zmienia genakera małego na
dużego. Hmm, walczą twardo. Nam nie pozostaje nic
innego jak zrobić to samo. I robimy to, bardzo
sprawnie i szybko, ale zapewne trochę za późno.
Dochodzimy DS w oczach, właśnie na fordewindzie, który
powoli zmienia się na fałszywiec. Przecinamy tor do
Portu Północnego. Tuż przed wejściem w główki
Górek robimy przebrasowanie. Idzie sprawnie, choć przy
wietrze 17 węzłów i bez podwójnych brasów wymaga
trochę wysiłku. Nowym halsem pędzimy prosto na metę,
którą przecinamy 4 minuty po naszym najbliższym
konkurencie.
Wiele mil walki niemal bezpośredniej na pewno pomogły
nam obu uzyskać lepszy wynik. To była duża
mobilizacja, choć jednak za mała, bo cały czas
pocieszało nas złudne przeświadczenie, że mamy prawo
być za nimi.
Same regaty okazały się bardzo udane i bardzo
przyjemne. Wiatr wiał, nie ścichł pod koniec jak rok
temu, jazda pod spinakerem była fantastyczna i w sumie
bardzo spokojna. Powiozło nas jeden raz i to
delikatnie.
Za metą zrzucamy spinakera, zakręcamy pod wiatr na
samym grocie, robimy porządki, uruchamiamy silnik i
ruszamy do AKM-u. Cały wyścig trwał mniej niż dobę,
fajny wynik.
Oficjalne wyniki, z podziałem na grupy, są tutaj.
Z ciekawości policzyłem wyniki łącznie, tworząc
generalkę i dołączając do niej kilka dużych jachtów,
które w czasie regat miały świadectwo ORC, lub
uzyskały takie świadectwo zaraz po regatach. To I love
Poland, Scamp One, Oiler.pl i s/y Marco Polo.
Wyszło, hmm, ciekawie... Nieoficjalna
generalka.