Trasę Gdynia - Łeba - Gdynia
przerabialiśmy rok wcześniej, na Bałtyckim Śledziu.
Regaty Kotwicy, Bieg Kaprów, dla małych jachtów
zostały zorganizowane na tej samej trasie. Pomysł nie
jest zły, trasa jest trudna taktycznie, odejść w morze
za bardzo się nie da. Można, ale jakie nadłożenie
drogi.
Zdecydowaliśmy się na start, choć było trochę
trudności. Raz, że Andrzej nie mógł popłynąć z powodów
służbowych. Do tego niespodziewane problemy rodzinne
zabrały trochę czasu i to w środę przed startem.
Jacht został dopiero co na nowo złożony - postawienie
masztu drugi raz po kłopotach.
Ale urlop na środę i piątek udało się załatwić.
W środę mogłem zjawić się na jachcie dopiero po
południu. Podstawowe zakupy, tankowanie wody,
zakładanie zawleczek na ściągacze, jakieś porządki i
można ruszać.
Przynajmniej pogoda dopisała, więc samotny przelot do
Gdyni był szybki i przyjemny. Ale już wtedy dało się
zauważyć, że jest zimno. Woda jest zimna, wiatr ze
wschodu jest zimny.

Wchodzę do Basenu Zaruskiego, gdzie wita mnie druga
część załogi, już z pączkami z Pączusia (polecam, jak
ktoś lubi). Wędruję do biura Kotwicy. Tam się okazuje,
że cała organizacja została przeniesiona do drugiej
mariny, odprawa dopiero będzie, tak samo jak IŻ do
odebrania.
Mieliśmy już do startu nie ruszać jachtu, ale myśl o
tym, że zaraz po odprawie trzeba będzie gnać kawał
drogi na jacht powoduje, że jednak przepływamy do
Yacht Park Marina. Tam także jest zimno, bo miejsce
postoju jest zacienione przez SeaTowers. Trudno,
widocznie ma być zimno na tych regatach.
Odprawa i wychodzimy na start. Dwie imprezy (Bieg
Kaprów i DH 400) zostały organizacyjnie połączone. My
startujemy przed jachtami z DH, 10 minut różnicy.
Trzeba się sprężyć, czasu jest mało.
Mimo to udało się zauważyć, że linia startu jest tak
ustawiona, że warto startować przy pinie, blisko
Akwarium. I tak robimy, od razu na lewym halsie,
przechodząc konkurencji daleko przed dziobami.
Relacja
zdjęciowa ze startu, opis startu, są na stronie Oficyny
Morskiej.
Jak widać, może przez nową genuę(?!), nieoczekiwanie
mamy wyjątkowo dużo zdjęć.
Powoli większe jachty nas wyprzedzają. Wiatr jest
całkiem silny, kilkanaście węzłów i uczymy się nowej
genuy w takich warunkach. Powoli udaje nam się ustawić
poprawnie żagle i ruszamy w nadchodzący mrok. Start
był o godzinie 20:50. Halsujemy pracowicie, powoli
gubimy orientację gdzie jest nasza bezpośrednia
konkurencja. Ani Zefirek, ani Rastaban nie mają AIS-a.
Rastaban nie jest tym razem konkurencją, bo płynie w
klasie KWR, ale zawsze jesteśmy ciekawi, gdzie jest i
jak mu idzie.
Wybieramy swoją drogę do Helu i już bardzo blisko
pławy HLS przechodzi nam przed dziobem Happy Hour,
potem Vataha 2, a Bigger Johnka musi odpaść, żeby w
nas nie wjechać. Wystartowali 10 minut po nas, ale na
takiej trasie dawno powinni nas wyprzedzić. Pójście w
Zatokę Pucką nie opłaciło się, jak widać.
Wiatr mocno osłabł, powoli odpadamy okrążając cypel.
Ścinamy drogę i w pewnym momencie, na znanym wszystkim
wypłyceniu, echosonda pokazuje równe 2 metry
głębokości. To lekka przesada dla jachtu z zanurzeniem
1,8 m, zwłaszcza przy dopychającym wietrze.
Robi się coraz pełniej, stawiamy spinakera. Piękna
żegluga, spokojna woda, gwiazdy i światła na brzegu.
Wygląda na to, że udaje nam się uciekać od świateł za
nami. Czerwcowa noc jest bardzo krótka. Robi się
jasno, wiatr cichnie a my płyniemy już bardzo wolno.
Czas na
poranną herbatę, a w dzień załoga zalega w koi, jak w
kokonie, odsypiać noc.
Rastaban się
wycofał, bo padł mu autopilot, a jest sam.
W końcu stajemy niemal bez wiatru na wysokości
Rozewia, zrzucamy spinakera, potem nawet genuę (to
nowy żagiel, szkoda go!).
Jachty za nami
to z drugich regat Double Scotch, IRS Challenger i
„nasz” Zefirek. Zefirka udaje się rozpoznać przez
lornetkę. Przychodzi trochę wiatru, idealnie od rufy.
Robimy eksperymenty z genuą na wytyku i w efekcie
lecimy na motyla idealnym fordewindem. Uciekamy
jachtom za nami. Zefirek stawia spinakera i wtedy
całkiem znika za rufą.
Duża nauka z tych regat, to poznanie granicy siły
wiatru, przy jakim jeszcze nie opłaca się stawiać
spinakera przy fordewindzie. Wiatromierz zaczyna się
zwracać. Pilnie notuję wartości.

Wiatr powoli rośnie i już wiemy, że czas na spinaker.
Poza tym, brzeg odkręca i robi się baksztag. Do pławy
Łeba mamy już niedaleko. Wiatr rośnie do 12-15 węzłów,
co pod spinakerem oznacza fantastyczną żeglugę.
Przez radio
wywołuje nas Hydrocat 3 z prośbą, żebyśmy skręcili, bo
wpłyniemy w ich boje pomiarowe. Lekko ostrzymy,
omijamy obszar i znów kierujemy się na pławę. Nie
idealnie, bo się nie da, a nie warto robić
przebrasowania.
W efekcie w dość silnym wietrze wychodzimy kabel od
pławy, stawiamy genuę, zrzucamy spinakera, robimy
zwrot przez rufę i punktualnie o godzinie 16:00
okrążamy pławę.

Zaczyna się halsówka i pierwszy problem. Przy tak
silnym wietrze (15 węzłów) genua nie chce wskakiwać za
reling. Trzeba ją luzować i wciągać, zwroty trwają
koszmarnie długo. Do tego chyba wtedy lekko
rozdarliśmy na stójce zupełnie nowy żagiel.
Niegroźnie, ale jednak. Refujemy grota.
Asia steruje, ja dobieram fały, składam w kabinie
spinakera, robię
porządki w kokpicie. Nagle okrzyk: Koraliki! Kilka
metrów przed sieciami robimy awaryjny zwrot. Kurcze,
było blisko...
Wiatr siada i zdejmujemy ref na grocie.

Po porządkach siadam w kokpicie i zerkam do przodu.
W końcu dostrzegamy Zefirka. Mijamy się, jesteśmy 5
mil przed nim, to niewiele. Oglądamy prognozy
pogody, wychodzi na to, że generalnie wiatr ma
powoli kręcić w prawo. I tak się dzieje, dla nas
fatalnie, bo po każdym zakręcie brzegu mamy idealnie
pod wiatr. Zefirek za nami ma jednak korzystniejszy
trochę wiatr i mniej halsowania.
Nic na to nie poradzimy. Poza tym, wiatr wcale nie
kręci tylko w prawo, są zmiany i trzeba się w nie
wstrzelić. To nam nijak nie wychodzi, co wyraźnie i
dobitnie pokazuje ślad na ploterze. Za cholerę nie
umiem wyczuć zmian wiatru, to nie jest dobra
halsówka.
Z drugiej strony, mam szybką odpowiedź z plotera.
Chyba nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele może dać
analiza własnego śladu, zwłaszcza robiona na
bieżąco, gdy wszystko jeszcze się pamięta.
Przychodzi noc, wiatr siada. Widać, że dryfujemy do
tyłu. O godzinie 1:40, na wysokości Karwi, na
głębokości 18 metrów, rzucamy kotwicę. Bez łańcucha,
na cumie pływającej.
Na zdjęciu widać jak nas zdryfowało, widać także, że
kotwica nie trzymała do końca dobrze, czemu trudno
się dziwić. Jednak to kolejny błąd.

Tak przy okazji, mamy praktyczny test jak szybko
można kotwicę przygotować. Przepisy OSR mówią, że
wszystko powinno być tak przygotowane, żeby udało
się zakotwiczyć w 5 minut. U nas kotwica jest pod
koją w mesie, przykręcona dwiema śrubami
motylkowymi. Z nią lina ołowiana (robi za łańcuch
kotwiczny) i lina kotwiczna. Spokojnie mieścimy się
w 5 minutach, rzucam kotwicę z kokpitu i wędruję z
końcem liny na dziób. Stajemy.
Wiatru zero. Włączamy światło kotwiczne i czekamy,
podsypiając. Wieszam kulę, bo robi się jaśniej.
Niepokoi mnie trochę jednostka niedaleko nas. Kręci
się powoli, dryfuje. To Baltic Explorer z Litwy. W
końcu przechodzi nam za rufą, pod brzeg.
Zasypiamy z przerwami. Jesteśmy naprawdę zmęczeni. W
końcu przysypiamy poważniej, i to był błąd. Spaliśmy
trochę za długo, może 10 minut, może godzinę?
Zrywamy się, już jest jasno, godzina 6:40 gdy jacht
rusza. Wieje kilka węzłów wiatru. Dalej halsówka.
Tym razem, może mniej zmęczeni, halsujemy o wiele
lepiej. Trafiamy w zmiany wiatru. Mimo to mijamy
Rozewie dopiero o godzinie 9:30. Wcześniej spotykamy
się z holownikiem Koral, który ciągnie ponton z
kutrem rybackim.

Dalej słabo wieje, ale wiatr lekko odkręca, o dziwo
korzystnie.

Władysławowo, Kuźnica. Rozmawiam przez telefon z
Zefirkiem. Są za nami 3-3,5 mili. Fatalnie.
Dalej halsujemy, wiatr jeszcze słabnie, ale daje się
płynąć. Nagle trafiamy na dziurę wiatrową. Jacht
staje, robimy bezwładnie kółko i wiatr znów
przychodzi. Ile to trwało? Kilka minut.
Góra Szwedów, powoli odpadamy. Znów po płytkiej
wodzie, a co tam. Dobra echosonda jest bezcenna.
Szykujemy spinakera. Wiatr przy Helu wyraźnie
rośnie, co jest zupełnie niezgodne z prognozami.
Spinaker w górę, obok widać jacht czarterowy, który
na fordewindzie niemal staje, gdy my lecimy już 5
węzłów. Kurs na Gdynię, przebrasowanie.
Wieje 10-12 węzłów. Oglądamy się pilnie za siebie. W
końcu widać znajomy spinaker, chyba 4 mile za nami.
Rozmawiamy z sędzią, okazuje się, że w Gdyni jest
szklanka. Kolejne przebrasowanie, mijamy pławę GD.
Trochę nerwowo przecinamy tor wodny przed statkiem.
Przy pławach G1-G2, czyli niecałe 2 mile przed metą,
wiatr cichnie zupełnie do zera. Koszmar. Stawiamy
genuę na spinakerbomie, na motyla. Potem już nie
wiem ile razy, ale naprawdę dużo, zrzucamy genuę,
stawiamy ją na ostro, na wytyku, znów zrzucamy,
stawiamy. Lewy hals, prawy. Dryfujemy w kierunku
mety, raz szybciej a raz wcale. Mijamy Dar na
kotwicy. Zefirek za nami jest coraz bliżej, ale w
końcu i on zrzuca spinakera. Przychodzi chmura,
lekko pada, jakieś podmuchy. Jesteśmy naprawdę
zmęczeni i mamy wszystkiego dość. Po co ta walka,
przecież z Zefirkiem i tak już na pewno przegramy.
Do mety kilkaset metrów. Wiatru zero, na fali cały
osprzęt jęczy od uderzeń, cały takielunek drży, gdy
grot zaczepia o achtersztag. W bomie słychać jakieś
potworne trzaski (czego, do licha???). Z jednej
strony nie należy się wycofywać. Z drugiej - w tym
wypadku walka naprawdę nie ma już żadnego sensu. Po
co? Te dwie mile dryfujemy ponad 2 godziny, jesteśmy
głodni, zmęczeni, chcemy na obiad (raczej kolację).
Przychodzi lekki podmuch od rufy, stawiamy genuę,
motyl. Jacht rusza, prędkość ponad jeden węzeł! Do
mety kilkadziesiąt metrów, ale znów stajemy. Cisza.
Przychodzi lekki podmuch od dziobu. Zostaje kilka
długości jachtu do mety, a my zaczynamy halsować bez
wiatru. Ledwo udaje się zrobić zwrot, potem drugi,
trzeci. W końcu, w końcu, trąbka!!! Jacht dryfuje za
boję, zrzucamy żagle. Ulga. Zerkamy za siebie:
Zefirek jest od mety kilkaset metrów. W końcu mija
linię mety pół godziny po nas. Zgodnie z umową
bierzemy go na hol i holujemy do mariny - padł im
silnik. Mieliśmy wejść do Gdyni i zostawić jacht na
noc, ale jednak wychodzimy do Górek. Silnik prawie
na pełny gaz, autopilot, kanapki i herbata. Robi się
ciemno, zimno i ponuro. Ponurość potem znika, noc
jest ładna, więc humory nam się poprawiają.
Co prawda przerżnęliśmy, ale to były fajne regaty.
Pomijając koszmarną końcówkę.
Wymieniamy się wnioskami, to co udało się ustalić,
czego nauczyć, co sprawdzić. Taki rozruch na
początku sezonu, gdy jacht jest ledwo gotowy, a
załoga wcale, jest bardzo potrzebny.
Jest też coś takiego jak atmosfera regat. Regaty
Kotwicy, wcześniej starannie omijane, nagle zrobiły
się, od zeszłego roku, bardzo fajne. To wcale nie
jest nieważne, jeżeli żeglujemy naprawdę dla
przyjemności.
Co do wyniku. Gdy stoi się
wiele godzin w zupełnej ciszy to potem każdy
wynik jest możliwy. Zefirek dryfował szybciej gdy nic
nie wiało, my byliśmy szybsi gdy wiało bardzo
niewiele.
Nowa genua bardzo dobrze się sprawdziła, takiego
żagla, na bardzo słaby i słaby wiatr, nam brakowało.
Wyniki naszego wyścigu są tutaj.