Błękitna Wstęga Zatoki Gdańskiej 2021,
czyli jak bywa na regatach, których się nie lubi
4.10.2021

Generalnie, jak nie raz pisałem, nie lubimy wyścigów bez przeliczeń, czyli w klasach OPEN/TURYSTYCZNYCH.
Choćby dlatego że wyniki w zasadzie znane są przed startem. Poza tym, z samą Błękitną mamy trochę na pieńku z dawnych czasów, jeszcze z Pallasa. Stare dzieje, organizator sporo poprawił, jest lepiej.
BWZG jest dla wielu okazją do startu z rodzinami/dziećmi/kochankami i tak dalej. Poza tymi, którzy walczą dzielnie o główną nagrodę. Od dawna są to zazwyczaj latające i lekkie katamarany czy inne Ćmy.
No chyba że wieje bardzo mocno, albo bardzo słabo, wtedy nagle duże mają szanse.
My możemy tylko być tłem, ale czasami i tak jest fajnie. O ile się lubi regaty.
Na ten weekend planowany był wypad na dwa dni gdzieś na Półwysep. Ale okazało się na początku tygodnia, że Asia ma w pracy konferencję/prezentację i coś tam jeszcze i w niedzielę będzie pilnie pracować. No dobra, mus to mus. Wtedy też Asia zaproponowała, że może właśnie błękitna? Tylko jeden dzień, więc luzik czasowy
Okazało się, że cała sprawa zostało słabo przygotowana pod kątem logistycznym.
Ale zgłoszenie kilka dni przed startem poszło, razem z wpisowym, więc cóż...
Czemu logistyka zgrzytała? Ano dlatego, że w piątek od dawna był planowany teatr, czyli rozrywka kulturalna. W efekcie pojechaliśmy na przedstawienie z gratami na jacht i zaraz po zakończeniu pojechaliśmy do Górek. Noc już była ciemna i głucha, brama do klubu zamknięta na kłódkę. Oczywiście klucz mam. Szybkie przebranie się w ciuchy jachtowe (te oficjalne zostały w samochodzie), jeszcze szybsze absolutnie minimalistyczne przygotowanie jachtu (genua 2 i szoty, oczywiście grot). Wychodzimy tuż przed godziną 23. Wiatr mamy z rufy i to wręcz idealnie. Zimno jest, kruca bomba. Ale mamy nasze ocieplane i pływające kubraki, więc nie jest źle. Fordewind, ale wiatr dość silny, bardzo dziwna zbełtana fala. Damy radę, ruszamy baksztagiem przezornie w kierunku morza, żeby ominąć nowy falochron wyspowy Portu Północnego, który oczywiście ciągle nie ma światła.
W sumie to skandal, ale cóż. UM i kapitanaty potrafią się czepiać organizatorów regat i jachty o każdą pierdołę, ale nowy, nieoświetlony falochron blisko wejścia do dość jednak dużej przystani oczywiście jest cacy.
UM wrogiem żeglarzy? Tak mi od dawna wychodzi mimo kłamliwych deklaracji, że przecież absolutnie tak nie jest.
Ale to tylko dygresja, wywołana kilkoma rozmowami i komentarzem sędziego z BWZG na odprawie przed startem.
W Gdyni cumujemy przed 2 w nocy, jako kolejny jacht w tratwie.
Okazało się, że załoga jest chętna na hmm, kolację. Robimy posiłek (bo jak to nazwać?), herbatę i spać idziemy o 3 rano. W sumie, czemu nie?
Pobudka o 8 rano (jak u Porębskiego „...ciężko było wstać...”). Rozłożenie do regat wszystkich lin, śniadanie, przyjeżdża Andrzej. Idziemy na odprawę, ale jak się okazuje, trzeba odebrać pakiet startowy, w tym naklejki na burty. Nie znoszę naklejek, u nas jest je bardzo ciężko nakleić. Te na szczęście są dość małe.
Na odprawie sędzia regat mówi o trasie, w tym o mecie. Meta jest między stawą dewiacyjną (z dyrygentem), czyli bardzo tradycyjnie i między bojką wystawioną kolo pławy GS. Czemu pława GS nie może być drugim końcem mety? Bo kapitanat portu Gdynia się nie zgodził. To już podchodzi pod paranoję, że nie powiem gorzej. Ale co myśleć o takim zakazie? Zjemy im tę pławę przepływając koło niej? Uszkodzimy (to wielkie, stalowe bydlę)?
Ręce opadają i wszystko opada. Jeszcze trochę, a w ogóle nie będzie można pływać. Ci ludzie się boją regat? Boją się jachtów?
Pamiętam, jak na gali żeglarskiej z okazji zakończenia sezonu dwa lata temu dyrektor UM-u w Gdyni (tak, wiem, to się inaczej nazywa) dostał wyróżnienie za „wspieranie żeglarstwa”. Chciałem wtedy wyjść i do tej pory żałuję, że tego nie zrobiłem.
Wracajmy do regat. Wyjście z Gdyni, po „genialnym” wydłużeniu falochronu, w połączeniu z aktualnym dużym spłyceniem (którego oczywiście tak dbający o bezpieczeństwo UM jakoś nie może zlikwidować), i kierunkiem dość silnego wiatru (czyli z południa) nie jest bezpieczne. W dobie silników może nie jest trudne, ale... Choć są jachty, które bez silnika potrafią stamtąd wyjść na żaglach. Co Mistral III pokazał dwa razy w sobotę...
Ruszamy o 10. Wychodzimy za falochron i płynąc ostro do wiatru stawiamy genuę. A raczej próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili nam się udaje (na dużej fali), a przyczyną jest kompromitujące przeoczenie.
No dobra, żagiel w końcu pracuje, odstawiam silnik, stawiamy grota. I zaraz go refujemy.
W ogóle zestaw na ten dzień do genua nr 2 i właśnie ref na grocie. Przy wietrze ponad 15 węzłów to dobry zestaw.
Trasa regat: start koło Gdyni, pława przy molo w Sopocie, pława przy Gdańsku, znów Sopot  i meta w Gdyni koło mariny. Około 13 mil.
Jachtów jest ponad 100, linia startu naprawdę długa. Na jednym końcu Demon, ale na drugim malutka bojka. Przy tej fali, hmm. Dobrze, że ponton przy niej stoi. Pracowite pływanie po linii startu mówi, że korzystny jest pin. I tak startujemy, może nie przy samym pinie, ale dość blisko. Warto było. Ruszamy prawym halsem w morze. Ale instynkt mówi mi, że to zły pomysł, że należy iść pod brzeg. Czekamy niezbyt długo, i jak tylko widać lukę w jachtach po nawietrznej, robimy zwrot. Przebijanie się lewym halsem przez stado jachtów w silnym wietrze jest dość emocjonujące, ale warto. Potem dowiedziałem się, że w morzu wiatr był silniejszy. Ale może już za silny (20 węzłów?) i do tego mniej korzystny? Pod brzegiem wiało trochę inaczej, choć słabiej. Na tyle słabo, że za Orłowem zdejmujemy ref na grocie. Halsy w morze robimy krótkie, cały czas trzymając się brzegu. Tak robi Aquila z naszej grupy, podobnie Mistral. Warto było, na pławie koło Sopotu jesteśmy przed jachtami, które były z nami na starcie. Wiatr znów rośnie. Pławę w Sopocie przetrzymujemy. Nasi bezpośredni konkurencie blisko nas albo przed nami (Aqulia ucieka nam na 200-300 metrów) robią zwrot za pławą. My podchodzimy wyżej pod molo, raz, że tak planowałem, a dwa, że dodatkowo Tornado nas tak przytrzymało. Warto było po wielokroć. Jachty po zawietrznej coraz bardziej spadają w lewo, a my, na korzystnych, pełniejszych szkwałach, jednym halsem wychodzimy na boję zwrotną przy stawie N7 (czyli blisko wejścia do Gdańska). Wpadamy na boję może 15 metrów za Aquilą, zostawiając za nami sporo większych jachtów. Robimy zwrot przez rufę, mijamy się z dwoma jachtami (było tam jednak ciasno, a my na pełnym i lewym halsie, musimy ustępować innym) i stawiamy spinakera. Ponieważ baksztag jest dość ostry, a pogoda niepewna, stawiamy nasz mniejszy, czarny spinaker. To jest dobra decyzja, przynajmniej do Sopotu. Aquila obok nas ma kłopoty i swojego genakera stawiają późno. Patrzę na wiatromierz, 14-16 węzłów, ale wiatr nie ostrzy. Lecimy coraz sprawniej. Mijamy pławę w Sopocie, tuż za wielkim katamaranem. Za nami jest Simbaa z innej grupy, obok Aqulia. I kilka mieczówek lub małych kilówek.
Za pławą w sumie mamy fordewind. Wiatr cały czas podobny, pojawia się rozważanie, czy może jednak wymienić spinakera na większy. Na razie lecimy pod Orłowo, gdy inne jachty idą w morze. W końcu i my robimy przebrasowanie. Wychodzi nam ono mocno średnio, bałagan w kokpicie sięga zenitu. Ale wiatr nie jest bardzo silny, na szczęście.
Jesteśmy bliżej brzegu niż inni i mamy bliżej do mety. Tylko jak będzie w okolicach Redłowa? Nie jesteśmy bardzo blisko brzegu, ale bliżej. Blisko nas, z boku, jest Simbaa.
Możemy zaparkować, ale jakoś nie wydaje mi się. Nagle dostajemy kopa od wiatru, akurat jak się przesiadałem na drugą burtę. Gwałtowny przechył, ale poza tym nic się nie dzieje. Kontruję, ustawiam jacht do wiatru. Pełny baksztag, wiatr około 20-22 węzły i lecimy w morze. Za nami szkwał zrobił małą czystkę w spinakerach i genakerach. Nie oglądam się. Wiatr cały czas silny, 18-20. Lecimy szybko, tak jak lubimy. Simbaa podobnie, jest minimalnie przed nami i trochę dalej w morzu. Czas na przebrasowanie, ale czekam na słabszy wiatr. Ten słabnąć nie chce. W końcu decyzja, że już czas. Asia mówi, że przebrasowanie zrobi. Oczywiście mamy podwójne brasy.
Wieje 19 węzłów, a przebrasowanie wychodzi wręcz bezbłędnie. Ulga i lecimy prosto na metę. Piękna żegluga, niesamowita frajda. Simbaa też zrobił przebrasowanie, ale troszkę ich potrzepało. Zbliżamy się do mety. Przezornie Andrzej przenosi genuę na prawą burtę, tak żeby można ją było postawić, w razie draki. Pod Gdynią różnie bywa...
Wiatr cały czas taki sam. Zerkam do tyłu. Aquila nas na pewno już nie dogodni, inne jachty też nie. Ale my Simbyy też nie dogonimy. To jednak jacht o metr dłuższy i w tych warunkach... Ale walka była piękna, co potem w porcie nasi konkurenci przyznali mówiąc, że było bardzo ciekawie. :)
Na metę wpada Simbaa, tuż za nią katamaran - było nerwowo, bo bardzo blisko. Potem zaraz my. Okrążamy pławę, ostrząc na spinakerze, zrzucamy go. Wpada całym rogiem do wody, ale to nic. Wyciągamy go i wrzucamy do kabiny. Mokry, cholera.
Jesteśmy bardzo zadowoleni z regat. Pogoda się poprawiła, pod koniec było słońce. Za nami mnóstwo o wiele większych jachtów. Wchodzimy do portu. Andrzej się pakuje, ale czekamy na obiecany katering. Czas leci, okazuje się, ze katering jest wydawany już jakiś czas. Stajemy w koszmarnej kolejce. Ale to bardzo dobre miejsce na rozmowy z innymi załogami. Rozmawiamy, zmieniamy się, czekamy. Czas leci. Prognozy na wieczór i noc są słabe, silny wiatr w pysk. Choć zostało przed nami już niewiele osób, to wszystko się przeciąga a kolejka stoi. Rezygnujemy. Także z zakończenia. Czas do domu. Dobrze zrobiliśmy, bo do nas zacumował o wiele większy jacht i załoga już z niego schodziła. Jeszcze trochę i byłby duży problem z odpłynięciem.
Oni odchodzą od nas, my od naszego sąsiada. Ruszamy w morze. Wiatr osłabł, wieje około 10 węzłów. Fala jakby mniejsza. Szkoda że jest tak w mordę, ale trudno. Asia steruje, a ja podaję nam ciasto, zostawione przez Andrzeja. Do tego banany. Kanapek jakoś nikt nie chce. Co prawda głodni jesteśmy bardzo, ale ja czekam na obiadokolację w barze koło mieszkania. Woda jest piękna, sina, bardzo przejrzysta, ale w ogóle niemal całe lato taka woda u nas była - rzadkość.
Mijamy Orłowo, wiatr trochę poszedł w prawo, płyniemy niemal na Górki. Mijamy tor do Gdańska - połowa drogi. Wiatr trochę siada, ale na niezbyt długo. Dalej jest pięknie. Wyprzedzamy jakiś obcy jacht, potem doganiamy jacht przed nami, później się okaże, że to był nasz klubowy kolega, czyli Mistral. Tor do PP przecinamy już jak jest bardzo szaro, wcześniej zapalamy światła nawigacyjne. W okolicach pławy GW wiatr siada do 5-6 węzłów i wieje prosto w pysk. Zrzucamy żagle i uruchamiamy silnik. Ostatnia mila na silniku. Jest prawie ciemno a z treningu wraca stado Laserów. Slalomem omijamy pracowicie białe żagle. Ci to są twardzi!
Cumujemy w Górkach po godzinie 19. Szybki klar, genua jest mokra i spinaker, wiec lądują luzem w kabinie. Jutro przyjadę wszystko wysuszyć.
Jaki wniosek z tego wypadu? Że nawet regaty, których się nie lubi, czasami mogą dać mnóstwo frajdy!

Dużo zdjęć z regat można zobaczyć na stronie Oficyny Morskiej.
Na stronie BWZG, w zakładce historia, jest bardzo ładne podsumowanie siedemdziesięciu już Błękitnych Wstęg. Polecam przeczytać.

Okazało się, że znajoma dusza z sailforum (gns, pięknie dziękuję!), przepływając obok, zrobiła nam zdjęcia pod spinakerem.