Generalnie, jak nie raz pisałem,
nie lubimy wyścigów bez przeliczeń, czyli w klasach
OPEN/TURYSTYCZNYCH.
Choćby dlatego że wyniki w zasadzie znane są przed
startem. Poza tym, z samą Błękitną mamy trochę na
pieńku z dawnych czasów, jeszcze z Pallasa. Stare
dzieje, organizator sporo poprawił, jest lepiej.
BWZG jest dla wielu okazją do startu z
rodzinami/dziećmi/kochankami i tak dalej. Poza tymi,
którzy walczą dzielnie o główną nagrodę. Od dawna są
to zazwyczaj latające i lekkie katamarany czy inne
Ćmy.
No chyba że wieje bardzo mocno, albo bardzo słabo,
wtedy nagle duże mają szanse.
My możemy tylko być tłem, ale czasami i tak jest
fajnie. O ile się lubi regaty.
Na ten weekend planowany był wypad na dwa dni gdzieś
na Półwysep. Ale okazało się na początku tygodnia, że
Asia ma w pracy konferencję/prezentację i coś tam
jeszcze i w niedzielę będzie pilnie pracować. No
dobra, mus to mus. Wtedy też Asia zaproponowała, że
może właśnie błękitna? Tylko jeden dzień, więc luzik
czasowy
Okazało się, że cała sprawa zostało słabo przygotowana
pod kątem logistycznym.
Ale zgłoszenie kilka dni przed startem poszło, razem z
wpisowym, więc cóż...
Czemu logistyka zgrzytała? Ano dlatego, że w piątek od
dawna był planowany teatr, czyli rozrywka kulturalna.
W efekcie pojechaliśmy na przedstawienie z gratami na
jacht i zaraz po zakończeniu pojechaliśmy do Górek.
Noc już była ciemna i głucha, brama do klubu zamknięta
na kłódkę. Oczywiście klucz mam. Szybkie przebranie
się w ciuchy jachtowe (te oficjalne zostały w
samochodzie), jeszcze szybsze absolutnie
minimalistyczne przygotowanie jachtu (genua 2 i szoty,
oczywiście grot). Wychodzimy tuż przed godziną 23.
Wiatr mamy z rufy i to wręcz idealnie. Zimno jest,
kruca bomba. Ale mamy nasze ocieplane i pływające
kubraki, więc nie jest źle. Fordewind, ale wiatr dość
silny, bardzo dziwna zbełtana fala. Damy radę, ruszamy
baksztagiem przezornie w kierunku morza, żeby ominąć
nowy falochron wyspowy Portu Północnego, który
oczywiście ciągle nie ma światła.
W sumie to skandal, ale cóż. UM i kapitanaty potrafią
się czepiać organizatorów regat i jachty o każdą
pierdołę, ale nowy, nieoświetlony falochron blisko
wejścia do dość jednak dużej przystani oczywiście jest
cacy.
UM wrogiem żeglarzy? Tak mi od dawna wychodzi mimo
kłamliwych deklaracji, że przecież absolutnie tak nie
jest.
Ale to tylko dygresja, wywołana kilkoma rozmowami i
komentarzem sędziego z BWZG na odprawie przed startem.
W Gdyni cumujemy przed 2 w nocy, jako kolejny jacht w
tratwie.
Okazało się, że załoga jest chętna na hmm, kolację.
Robimy posiłek (bo jak to nazwać?), herbatę i spać
idziemy o 3 rano. W sumie, czemu nie?
Pobudka o 8 rano (jak u Porębskiego „...ciężko było
wstać...”). Rozłożenie do regat wszystkich lin,
śniadanie, przyjeżdża Andrzej. Idziemy na odprawę, ale
jak się okazuje, trzeba odebrać pakiet startowy, w tym
naklejki na burty. Nie znoszę naklejek, u nas jest je
bardzo ciężko nakleić. Te na szczęście są dość małe.
Na odprawie sędzia regat mówi o trasie, w tym o mecie.
Meta jest między stawą dewiacyjną (z dyrygentem),
czyli bardzo tradycyjnie i między bojką wystawioną
kolo pławy GS. Czemu pława GS nie może być drugim
końcem mety? Bo kapitanat portu Gdynia się nie
zgodził. To już podchodzi pod paranoję, że nie powiem
gorzej. Ale co myśleć o takim zakazie? Zjemy im tę
pławę przepływając koło niej? Uszkodzimy (to wielkie,
stalowe bydlę)?
Ręce opadają i wszystko opada. Jeszcze trochę, a w
ogóle nie będzie można pływać. Ci ludzie się boją
regat? Boją się jachtów?
Pamiętam, jak na gali żeglarskiej z okazji zakończenia
sezonu dwa lata temu dyrektor UM-u w Gdyni (tak, wiem,
to się inaczej nazywa) dostał wyróżnienie za
„wspieranie żeglarstwa”. Chciałem wtedy wyjść i do tej
pory żałuję, że tego nie zrobiłem.
Wracajmy do regat. Wyjście z Gdyni, po „genialnym”
wydłużeniu falochronu, w połączeniu z aktualnym dużym
spłyceniem (którego oczywiście tak dbający o
bezpieczeństwo UM jakoś nie może zlikwidować), i
kierunkiem dość silnego wiatru (czyli z południa) nie
jest bezpieczne. W dobie silników może nie jest
trudne, ale... Choć są jachty, które bez silnika
potrafią stamtąd wyjść na żaglach. Co Mistral III
pokazał dwa razy w sobotę...
Ruszamy o 10. Wychodzimy za falochron i płynąc ostro
do wiatru stawiamy genuę. A raczej próbujemy. Dopiero
po dłuższej chwili nam się udaje (na dużej fali), a
przyczyną jest kompromitujące przeoczenie.
No dobra, żagiel w końcu pracuje, odstawiam silnik,
stawiamy grota. I zaraz go refujemy.
W ogóle zestaw na ten dzień do genua nr 2 i właśnie
ref na grocie. Przy wietrze ponad 15 węzłów to dobry
zestaw.
Trasa regat: start koło Gdyni, pława przy molo w
Sopocie, pława przy Gdańsku, znów Sopot i meta w
Gdyni koło mariny. Około 13 mil.
Jachtów jest ponad 100, linia startu naprawdę długa.
Na jednym końcu Demon, ale na drugim malutka bojka.
Przy tej fali, hmm. Dobrze, że ponton przy niej stoi.
Pracowite pływanie po linii startu mówi, że korzystny
jest pin. I tak startujemy, może nie przy samym pinie,
ale dość blisko. Warto było. Ruszamy prawym halsem w
morze. Ale instynkt mówi mi, że to zły pomysł, że
należy iść pod brzeg. Czekamy niezbyt długo, i jak
tylko widać lukę w jachtach po nawietrznej, robimy
zwrot. Przebijanie się lewym halsem przez stado
jachtów w silnym wietrze jest dość emocjonujące, ale
warto. Potem dowiedziałem się, że w morzu wiatr był
silniejszy. Ale może już za silny (20 węzłów?) i do
tego mniej korzystny? Pod brzegiem wiało trochę
inaczej, choć słabiej. Na tyle słabo, że za Orłowem
zdejmujemy ref na grocie. Halsy w morze robimy
krótkie, cały czas trzymając się brzegu. Tak robi
Aquila z naszej grupy, podobnie Mistral. Warto było,
na pławie koło Sopotu jesteśmy przed jachtami, które
były z nami na starcie. Wiatr znów rośnie. Pławę w
Sopocie przetrzymujemy. Nasi bezpośredni konkurencie
blisko nas albo przed nami (Aqulia ucieka nam na
200-300 metrów) robią zwrot za pławą. My podchodzimy
wyżej pod molo, raz, że tak planowałem, a dwa, że
dodatkowo Tornado nas tak przytrzymało. Warto było po
wielokroć. Jachty po zawietrznej coraz bardziej
spadają w lewo, a my, na korzystnych, pełniejszych
szkwałach, jednym halsem wychodzimy na boję zwrotną
przy stawie N7 (czyli blisko wejścia do Gdańska).
Wpadamy na boję może 15 metrów za Aquilą, zostawiając
za nami sporo większych jachtów. Robimy zwrot przez
rufę, mijamy się z dwoma jachtami (było tam jednak
ciasno, a my na pełnym i lewym halsie, musimy
ustępować innym) i stawiamy spinakera. Ponieważ
baksztag jest dość ostry, a pogoda niepewna, stawiamy
nasz mniejszy, czarny spinaker. To jest dobra decyzja,
przynajmniej do Sopotu. Aquila obok nas ma kłopoty i
swojego genakera stawiają późno. Patrzę na
wiatromierz, 14-16 węzłów, ale wiatr nie ostrzy.
Lecimy coraz sprawniej. Mijamy pławę w Sopocie, tuż za
wielkim katamaranem. Za nami jest Simbaa z innej
grupy, obok Aqulia. I kilka mieczówek lub małych
kilówek.
Za pławą w sumie mamy fordewind. Wiatr cały czas
podobny, pojawia się rozważanie, czy może jednak
wymienić spinakera na większy. Na razie lecimy pod
Orłowo, gdy inne jachty idą w morze. W końcu i my
robimy przebrasowanie. Wychodzi nam ono mocno średnio,
bałagan w kokpicie sięga zenitu. Ale wiatr nie jest
bardzo silny, na szczęście.
Jesteśmy bliżej brzegu niż inni i mamy bliżej do mety.
Tylko jak będzie w okolicach Redłowa? Nie jesteśmy
bardzo blisko brzegu, ale bliżej. Blisko nas, z boku,
jest Simbaa.
Możemy zaparkować, ale jakoś nie wydaje mi się. Nagle
dostajemy kopa od wiatru, akurat jak się przesiadałem
na drugą burtę. Gwałtowny przechył, ale poza tym nic
się nie dzieje. Kontruję, ustawiam jacht do wiatru.
Pełny baksztag, wiatr około 20-22 węzły i lecimy w
morze. Za nami szkwał zrobił małą czystkę w
spinakerach i genakerach. Nie oglądam się. Wiatr cały
czas silny, 18-20. Lecimy szybko, tak jak lubimy.
Simbaa podobnie, jest minimalnie przed nami i trochę
dalej w morzu. Czas na przebrasowanie, ale czekam na
słabszy wiatr. Ten słabnąć nie chce. W końcu decyzja,
że już czas. Asia mówi, że przebrasowanie zrobi.
Oczywiście mamy podwójne brasy.
Wieje 19 węzłów, a przebrasowanie wychodzi wręcz
bezbłędnie. Ulga i lecimy prosto na metę. Piękna
żegluga, niesamowita frajda. Simbaa też zrobił
przebrasowanie, ale troszkę ich potrzepało. Zbliżamy
się do mety. Przezornie Andrzej przenosi genuę na
prawą burtę, tak żeby można ją było postawić, w razie
draki. Pod Gdynią różnie bywa...
Wiatr cały czas taki sam. Zerkam do tyłu. Aquila nas
na pewno już nie dogodni, inne jachty też nie. Ale my
Simbyy też nie dogonimy. To jednak jacht o metr
dłuższy i w tych warunkach... Ale walka była piękna,
co potem w porcie nasi konkurenci przyznali mówiąc, że
było bardzo ciekawie. :)
Na metę wpada Simbaa, tuż za nią katamaran - było
nerwowo, bo bardzo blisko. Potem zaraz my. Okrążamy
pławę, ostrząc na spinakerze, zrzucamy go. Wpada całym
rogiem do wody, ale to nic. Wyciągamy go i wrzucamy do
kabiny. Mokry, cholera.
Jesteśmy bardzo zadowoleni z regat. Pogoda się
poprawiła, pod koniec było słońce. Za nami mnóstwo o
wiele większych jachtów. Wchodzimy do portu. Andrzej
się pakuje, ale czekamy na obiecany katering. Czas
leci, okazuje się, ze katering jest wydawany już jakiś
czas. Stajemy w koszmarnej kolejce. Ale to bardzo
dobre miejsce na rozmowy z innymi załogami.
Rozmawiamy, zmieniamy się, czekamy. Czas leci.
Prognozy na wieczór i noc są słabe, silny wiatr w
pysk. Choć zostało przed nami już niewiele osób, to
wszystko się przeciąga a kolejka stoi. Rezygnujemy.
Także z zakończenia. Czas do domu. Dobrze zrobiliśmy,
bo do nas zacumował o wiele większy jacht i załoga już
z niego schodziła. Jeszcze trochę i byłby duży problem
z odpłynięciem.
Oni odchodzą od nas, my od naszego sąsiada. Ruszamy w
morze. Wiatr osłabł, wieje około 10 węzłów. Fala jakby
mniejsza. Szkoda że jest tak w mordę, ale trudno. Asia
steruje, a ja podaję nam ciasto, zostawione przez
Andrzeja. Do tego banany. Kanapek jakoś nikt nie chce.
Co prawda głodni jesteśmy bardzo, ale ja czekam na
obiadokolację w barze koło mieszkania. Woda jest
piękna, sina, bardzo przejrzysta, ale w ogóle niemal
całe lato taka woda u nas była - rzadkość.
Mijamy Orłowo, wiatr trochę poszedł w prawo, płyniemy
niemal na Górki. Mijamy tor do Gdańska - połowa drogi.
Wiatr trochę siada, ale na niezbyt długo. Dalej jest
pięknie. Wyprzedzamy jakiś obcy jacht, potem doganiamy
jacht przed nami, później się okaże, że to był nasz
klubowy kolega, czyli Mistral. Tor do PP przecinamy
już jak jest bardzo szaro, wcześniej zapalamy światła
nawigacyjne. W okolicach pławy GW wiatr siada do 5-6
węzłów i wieje prosto w pysk. Zrzucamy żagle i
uruchamiamy silnik. Ostatnia mila na silniku. Jest
prawie ciemno a z treningu wraca stado Laserów.
Slalomem omijamy pracowicie białe żagle. Ci to są
twardzi!
Cumujemy w Górkach po godzinie 19. Szybki klar, genua
jest mokra i spinaker, wiec lądują luzem w kabinie.
Jutro przyjadę wszystko wysuszyć.
Jaki wniosek z tego wypadu? Że nawet regaty, których
się nie lubi, czasami mogą dać mnóstwo frajdy!
Dużo zdjęć z regat można zobaczyć na stronie
Oficyny Morskiej.
Na stronie BWZG, w zakładce
historia, jest bardzo ładne podsumowanie
siedemdziesięciu już Błękitnych Wstęg. Polecam
przeczytać.
Okazało się, że znajoma dusza z sailforum (gns,
pięknie dziękuję!), przepływając obok, zrobiła nam
zdjęcia pod spinakerem.