Jak pisałem w poprzedniej relacji
„narciarskiej”, zimy od dawna narciarzy biegowych nie
rozpieszczają.
Poprzedniej zimy na narty nie udało nam się wybrać w ogóle.
Tym razem (16-01-2021), jak tylko pojawiła się możliwość,
ruszyliśmy tyłki. Nie będąc pewni, czy w lesie blisko będzie
odpowiednio dużo śniegu, w piątek zaplanowaliśmy wypad
dalej, samochodem na obwodnicę Trójmiasta, do Otomina. To
tylko trochę dalej, ale za to 100 metrów wyżej. Poza tym,
czasami warto wybrać się w nowe miejsce.
Ambitnie zerwaliśmy w sobotę dość wcześnie, bo przed godziną
8. Spakowani byliśmy wcześniej. Pierwszy wypad turystyczny
po przerwie zawsze wymaga wyszukania sprzętu: odpowiednie
ciuchy, smary do nart, termos, woda mineralna i tak dalej.
Zawsze czegoś nie można znaleźć: ulubionych rękawiczek,
poddupnika itp. Oczywiście za drugim, trzecim, kolejnym
razem wszystko już jest na miejscu. Tylko że narty trafiają
się raz/dwa na zimę, a czasami wcale. Szkoda.
Z innej strony: zakładanie szkieł kontaktowych robię rzadko
i od niedawna i nie mam wprawy w tym.
O co w ogóle chodzi z biegówkami napisałem w innym miejscu.
Wstaliśmy wcześnie, spakowaliśmy się do samochodu w miarę
szybko i na parkingu niedaleko Jeziora Otomińskiego byliśmy
też w miarę wcześnie (bo po drodze ruch niewielki, a i
miejsc na parkingu było sporo). Potem jeszcze smarowanie
nart (niby na płaskiej trasie, jeżeli narty mają łuski albo
foki, niekoniecznie trzeba, ale to nawyk z wypraw w góry).
Nasza trasa prowadzi koło jeziora, i tam zaskoczenie - sporo
morsów.
My po długim przygotowaniu przy samochodzie byliśmy dość
zmarznięci, więc myśl o wejściu do wody nie była kusząca.
Ale jak widać, ludzie to robią. W tym sporo dzieci i
młodzieży.
Dotąd na nartach
biegałem bez okularów, bo strasznie parują. Wtedy widać,
hmm, niezbyt wyraźnie. Szkła kontaktowe zupełnie zmieniają
sytuację. Co prawda za to w ogóle nie widzę detali na
mapie, ale ten problem rozwiązuje duża lupa. Ewentualnie
specjalne okulary do szkieł, ale to mniej wygodne.
Ruszamy niebieskim szlakiem i od razu atakuje nas zima.
Oczywiście nie każdy musi lubić, ale ja lubię bardzo.
Po podejściu pod
górkę docieramy do skrzyżowania dróg a nawet małych
wąwozów w lesie, które poznaliśmy na
imprezie na orientację w roku 2019, wiosną. Zimą
wygląda też fajnie, ale zdjęcia nie zrobiliśmy.
Powoli się rozkręcamy, ruchy na nartach są swobodniejsze,
ale to nas nie chroni przed upadkami. Obojgu nam się to
trafia, ale bilans całej imprezy wygrywam 3:1 (w sensie,
że wywróciłem się raz). Wstanie zawsze jest trudne bez
wypinania nart.
Teren jest dość płaski, ale jednak całkiem poziomo nie
jest. I dobrze, bo byłoby nudno.
Docieramy do „wodnej przeszkody terenowej”, którą trzeba
pokonać. :)

Docieramy do miejscowości, nasza trasa skręca. Robi się
chłodniej, bo wieje od pól. Robię zdjęcie kolejnych na
trasie bałwanów - ludzie chyba bardzo stęsknili się za
śniegiem.

Oczywiście w lesie nie jesteśmy sami. Spotykamy trochę
narciarzy, trochę piechurów, rodziny w różnych zestawach.
Wchodzimy w las i robi się cieplej - wiatr znika.
Las jest przepiękny, a czarny szlak prowadzi czasami
bardzo wąskimi ścieżkami.
Nie zrobiliśmy
wiele kilometrów, trochę ponad 7, ale jak na pierwszy
raz... Docieramy nad jezioro gdzie morsy dalej korzystają
z lodowatej wody. Przychodzi śnieżyca, co na zdjęciach
dobrze widać.
Do samochodu jest
bardzo blisko. Rano było pustawo, teraz samochodów jest
mnóstwo. Dwie beemki mają problem z wyjechaniem, jedną
wspólnymi siłami kilku kierowców wypychamy. Zbyt szerokie
opony (tak na oko, bo może letnie?), nie działają dobrze,
nawet przy napędzie na 4 koła.
Pozostaje się przebrać, skorzystać z herbaty w termosie, i
w śnieżycy, choć malejącej, ruszyć do domu.
Atak „bestyjki” ze wschodu poza mrozem przyniósł także
piękną pogodę. Brak chmur, słońce, lekki mróz. W końcu -8
stopni to nie jest duży mróz. Taki akurat - rześkie
powietrze.
Zerwaliśmy się podobnie jak dzień wcześniej - wcześnie.
Tym razem, i ze względu na mróz (licho wie jak sytuacja na
obwodnicy) wybraliśmy znaną nam na pamięć trasę AWF -
Borodziej. Wcześnie rano ludzi jest mało, ale trochę było.
Spacerowiczów, biegaczy, narciarzy, rowerzystów.
Dość nietypową sytuacją było to, że dwie osobno spotkane
osoby, różnej płci, zagadały nas o narty biegowe, o tym
gdzie kupić/wypożyczyć i ogólnie o wrażenia. Może ktoś z
nich się skusi i faktycznie jakiś używany sprzęt sobie
kupi.
Zima w lesie jest piękna, a narty biegowe/śladowe naprawdę
pomagają utrzymać formę. Poza tym, turystyka narciarska
jest bardzo przyjemna, a i czasami można sobie szybciej
zjechać.
Tym razem narty nasmarowaliśmy w domu, więc było ciut
szybciej. Zmiana butów i w drogę...
Słońce świeci i
droga jest piękna...
Trochę dłuższa niż
wczoraj, ale za to z miejscem postoju na końcu. Jak to w
Borodzieju.
Trochę przykre jest to, że główna wiata, z kominkiem,
kiedyś była dostępna dla wszystkich. Teraz jest zamknięta
i można z niej korzystać tylko po opłacie. Dawno, dawno
temu czasami bywało tam sporo ludzi, całe grupy. Teraz
zwykłym turystom pozostają małe wiaty.
Chwila odpoczynku
z herbatą, zmierzenie z ciekawości temperatury. Zimno jest
i zimno się robi, szybko ruszamy w drogę powrotną. Tym
razem generalnie jest z górki.
W domu jesteśmy
wcześnie, czując wszystkie mięśnie, niewątpliwie zbyt
rzadko używane.
To był bardzo fajny weekend. Ciekawe czy uda się tej zimy
jeszcze na nartach zwiedzić jakiś las?
Minęło troszkę czasu, przyszedł ostatni dzień stycznia
(31.01.2021). Wczoraj w Gdańsku padał śnieg i napadało go
tyle, że na narty w lasy trójmiejskie można było iść.
Trzeci raz na nartach tej samej zimy oznacza sporą zmianę
zim i swoisty rekord. Dotąd (czyli od 10 lat...) udawało
się pójść na narty maksymalnie dwa razy, czasami raz, a
czasami zero. Może za tydzień znów się uda? Jak nie blisko
Gdańska, to troszkę dalej.
Tym razem miałem iść sam, ale rano zadzwonił znajomy
kolega żeglarz, że może jednak we dwóch?
Zgodziłem się, co miało dwie konsekwencje. Kolega narzucił
solidne tempo, co spowodowało, że do Borodzieja dotarłem
naprawdę zmęczony. Może to nie był mój dzień. Może
dołożyły się problemy z nartami? A może po prostu forma
jest słaba i trzeba solidniej poćwiczyć? Cóż... ;-)
Mimo że nie wyruszyliśmy bardzo wcześnie, to w Borodzieju
śnieg był dziewiczy. Byliśmy pierwsi tego dnia, aż dziwne.
Ludzi po drodze trochę spotkaliśmy, ale mało. Piesi,
narciarze, rowerzyści, biegacze.
Problem z nartami
polegał na tym, że po raz pierwszy od bardzo dawno
zabrałem swoje pierwsze w życiu narty, które były stare
jak je kupowałem jako używane. Norweski „Landsem”.
Przetrwały ze mną wyprawy w góry (np. Beskid Sądecki,
Gorce) oraz dalekie wyprawy poza Gdańsk na Kaszubach.
Daaawno to było.
Czemu je zabrałem? Bo skoro miałem iść sam, to mogłem
poeksperymentować, a lubię te narty, bo są szybkie - nie
mają łuski ani fok. Ale albo mam problem z ich
impregnacją, albo nie dogadują się z nowymi smarami do
nart. Śnieg się do nich kleił, choć po przesmarowaniu w
Borodzieju było trochę lepiej.
Drugą konsekwencją
pójścia we dwóch była zmiana trasy powrotnej. Mimo że
naprawdę byłem zmęczony, w końcu uległem. Od pewnego
momentu weszliśmy na zielony szlak. Było generalnie dość
wąsko, czasami bardzo wąsko. Za to trasa piękna, jak i
pogoda. Temperatura: minus 1 stopień Celsjusza.

W pewnym miejscu zrobiło się stromo i nierówno. Zaliczyłem
jedną wywrotkę, dosłownie 10 metrów dalej drugą, i
stwierdziłem, że wystarczy. Odpiąłem narty. Kolega się
uparł że zjedzie kawałek dalej. Skończyło się wywrotką i
wybiciem palca w dłoni. Cóż, bywa i tak. Bez komentarzy
proszę! :-)
Zrobiliśmy ponad 10 km. Niby niedużo, ale narty
uruchamiają naprawdę wiele mięśni. Poza tym, wstawanie po
upadku, gdy się nie wypina nart, też nie jest łatwe...