Mimo wcześniej dwóch dni pływania, w
tym na regatach otwarcia sezonu AKM, jacht nie był
gotowy. Dzień po regatach AKM-u trafił pod klubowy dźwig
- zdjęliśmy maszt. Przyczyna podstawowego problemu,
czyli ciężko chodzący fał grota, została wykryta
natychmiast i szybko naprawiona. W sumie plus, chociaż
słowa obelżywe pod swoim adresem wysłałem... Ale przy
okazji do przerobienia trafił uchwyt czujnika
wiatromierza, co jednak chwilkę potrwało. W efekcie
maszt został postawiony dopiero wczoraj (sobota 29
maja), czyli po prawie tygodniu od zdjęcia.
Inna rzecz, że mały jacht ma swoje zalety - zdjęcie
masztu, prace przy nim i postawienie nie są żadnym
problemem.
W planie na niedzielę były wyjęcie czujnika logu,
częściowa kalibracja elektroniki i wyjście na Zatokę.
Z logiem poszło szybko. Miejsce czujnika jest bardzo
wygodne do obsługi. Czujnik został wyjęty, bo log
zaskakiwał nie zawsze od razu, jakby coś go blokowało.
Potraktowanie go WD-40 pomogło wyraźnie i natychmiast.
Sama operacja zabrała kilka minut, wody do jachtu nalało
się niewiele.
Kalibrację szlag trafił bo wiało dość mocno. Ponieważ
odejście od kei wyszło koślawo (ale bez strat),
spokojnie na rozlewisku przygotowaliśmy się do wyjścia w
morze. Grot, dopasowanie szotów do dużego foka,
ustawienie wózków. Dopiero gdy wszystko grało,
ruszyliśmy w wyjście z Górek, pracowicie halsując.
Fala była niczego sobie, wiatr w mordę, piękna pogoda,
zimno.
Przy tej sile wiatru jacht był ewidentnie
niedożaglowany. Nigdzie nam się nie spieszyło, a
prędkość ponad 5 węzłów była satysfakcjonująca.
Nieskalibrowany log strasznie wkurza, ale to na razie
musi poczekać.
Przepłynęliśmy
dość blisko nowych falochronów wyspowych - jeszcze przy
nich pracują.
Za Portem Północnym włączyliśmy na chwilę autopilota,
żeby sprawdzić jak sobie radzi po przesunięciu
mocowania. Wygląda na to, że jest sporo lepiej. Działał
także ustawiony na sygnał z wiatromierza. Nie było czasu
na porządne testy, chciałem tylko sprawdzić, czy ogólnie
jest ok.
W planach był Sopot, ale telefon w sprawie rodzinnej
spowodował wcześniejszy odwrót.
Zrobiliśmy zwrot i ostrym baksztagiem zaczęliśmy wracać.
Bardzo dobrze sprawdzają się klinowe podkładki po
kabestany - kolejny drobiazg ułatwiający życie i
manewry.
Na naszym popularnym kartoflisku, czyli zbełtanej fali
przy porcie, wybujało nas trochę, ale takie drobiazgi
nie robią na nas wrażenia.
Znów włączyliśmy autopilota chcąc go sprawdzić na
baksztagowej fali, ale tym razem testy się nie udały.
Cała elektronika zaczęła się wyłączać, łącznie z
ploterem (który poza zasilaniem nie ma z resztą nic
wspólnego). Przeszliśmy oczywiście na sterowanie ręczne,
wyłączyliśmy autopilota całkiem, ale to nie pomogło.
Znaczy, elektronika startowała, ale znów kilka razy się
resetowała. Ploter się wyłączył.
Ciekawe, że stało się to także już w porcie, po
powrocie. Wygląda wstępnie na problem z zasilaniem.
Na razie wracamy spokojnie do portu.
Spotykamy pilnie
trenującego Dużego ptaka. Warunki w sumie piękne.
Poza tym, że zimno. Woda ma 12 stopni...
Cumujemy na swoim miejscu, tym razem poprawnie.
Obserwuję znów reset elektroniki, przy odłączonym od
zasilania autopilocie. Czyli to chyba nie on jest
winien.
Jak już wspomniałem - początek sezonu mamy trudny.
W środę wieczorem planujemy start do długich regat
Kotwicy.
Nie dość, że Andrzej nie może, to jeszcze problem z
elektroniką (dla dwóch osób autopilot jest dużą pomocą)
i kilka rzeczy do zrobienia. Oj, zobaczymy...
Ale pływało się bardzo miło i przydał nam się taki
rozruch.