Tytułem wstępu.
Kupując jacht wiedziałem, że mocowanie balastu jest do
poprawienia.
Czemu tak? Bo któryś z poprzednich właścicieli zaczął
remont i go nie skończył. Remont polegał na wycięciu
wszystkich denników z wyjątkiem jednego, wycięcia
laminatu, który zasłaniał płyty stalowe, na których
bezpośrednio wisiał balast. Blachy pewnie rdzewiały i stąd
ich odkrycie.
Jak siatka wzmocnień na dnie wyglądała kiedyś, wiem tylko
ze zdjęć, które dostałem w papierach jachtowych.
Widać je poniżej.
Dno przed remontem nie miało denników i wzdłużników, przez
co pracowało, co spowodowało w efekcie pęknięcia
przy pierwszej i ostatniej szpilce balastu. Oraz rozwarstwianie
laminatu w jaskółkach pod kojami. Nie mam zdjęć zęzy
przed odkręceniem balastu, pierwsze zdjęcia z remontu są
już po zdjęciu blach.
Pierwszym pomysłem była chęć odtworzenia dawnej siatki
wzmocnień, wstawienie nowych blach.
Pytania z tym związane ogłosiłem na dwóch forach
żeglarskich, pytając o kilka rzeczy.
Na szczęście sprawą zainteresował się Piotr Adamowicz,
znany konstruktor i żeglarz. Stwierdził, że to trzeba
zrobić inaczej, wg nowego projektu. Wyjaśnił czemu.
Przyjechał na jacht obejrzeć jak to wygląda. W efekcie
zrobił projekt naprawy i cierpliwie odpowiadał na setki
moich pytań. Poza tym pomógł mi kupić materiały właściwe,
załatwił nowe blachy do szpilek, oraz człowieka, doświadczonego
laminaciarza, który wykonał najważniejsze, główne
laminowanie. I to wszystko za darmo!
Dzięki temu duży wysiłek włożony w remont zaowocował
bardzo dobrą konstrukcją. Do tego stosunkowo tanią,
wykonaną prosto i bez większych kłopotów. Ten artykuł to
opis całego remontu, kosztów, i wniosków.
Projekt nowego rusztu balastu:

Jest kilka zmian w stosunku do tego, co było. Zamiast
wielkich blach - małe podkładki. Denniki gęściej niż
poprzednio. Pilers posadowiony na denniku (jeden o
specjalnej konstrukcji, z wkładką ze sklejki). Denniki
zlaminowane z bocznymi ściankami koi (które są
jednocześnie wzdłużnikami).
Sam rysunek powstał między innymi na podstawie podanego
przeze mnie rozstawienia sworzni balastowych.
Żeby w ogóle zacząć remont trzeba było pomyśleć o tym, jak
ustawić balast po jego odkręceniu od jachtu.
Że względu na kształt płetwy nie jest to wcale oczywiste.
Po drugie, gdy jacht stoi na łożu, balast jest bardzo
nisko nad ziemią. A jakoś trzeba go opuścić i potem
podnieść.
Przede wszystkim trzeba było wymyślić i stworzyć
konstrukcję, która utrzyma balast w pionie, na ziemi.
Tutaj pomógł mi kolega z klubu (motorowodniak!). Ze
starego ceownika i kilku odpadowych elementów zespawał
podporę do balastu. Podpora wygląda jak zbudowana w
pośpiechu przez Robinsona Cruzoe (C by Borchardt), ale
działa świetnie. Gdy zadałem pytanie o rozliczenie, to
usłyszałem, żebym zjeżdżał i ściągał ten balast, bo się
nie wyrobimy do nocy. Drugie pytanie zadałem o zwrot
kosztów, to kazał mi się wynosić i nie przeszkadzać.
Samo odkręcenie balastu trwało dość długo, trzeba było
powoli odcinać uszczelniacz. Cała operacja trwała kilka
godzin, ale w końcu balast stanął na ziemi.
Żeby w ogóle zacząć trzeba było podnieść jacht razem z
łożem. Do opuszczania balastu zastosowaliśmy podnośnik
paletowy o udźwigu 2 ton, który jest i niski i dość
szeroki. Poza tym jeździ i można go było tak ustawić, żeby
cała konstrukcja (podpora i balast) stały na nim równo.
Istotne też było, i sporo czasu zajęło, wypoziomowanie
jachtu. Używałem do tego poziomicy wodnej, czyli w
zasadzie zwykłego węża wypełnionego wodą. Dodatkowo z
szerszymi rurkami, że skalą, na końcach.
Wypoziomowanie jachtu na boki jest oczywiste.
Niekoniecznie trzeba było poziomować jacht w płaszczyźnie
wzdłużnej, ale chciałem to zrobić, żeby potem można było
korzystać z poziomicy także wzdłuż zęzy. Przyjąłem jakiś
poziom kokpitu i kabiny i to wyznaczało poziom podłogi w
zęzie.
Teraz przyszedł czas na wyjęcie (odkucie wręcz) pilersu,
oderwanie jedynego dennika, a potem już szlifowanie zęzy.
To zajęło w sumie kilka dni. Najpierw oklejenie folią
wnętrza jachtu, a potem przecinak, dłuto, łomik, młotek,
kątówka z tarczą do cięcia, szufelka, zmiotka, odkurzacz.
Potem kątówka do szlifowania (z elektroniczną regulacją
obrotów - pożyczona od kolegi z klubu - bo taka o wiele
mniej pyli, jak się obroty ustawi na minimalne, czyli
1000).
Trzeba też było zająć się dnem od drugiej strony. Na razie
przestawienie balastu trochę w bok, tak żeby był dostęp i
do góry balastu i do dna jachtu.
Teraz front robót stał się większy. Można było pracować
nad górą balastu, nad dnem jachtu, no i dalej w środku
kadłuba. I tak było. W środku szlifowanie wykazało, że
przy pierwszej i ostatniej szpilce balastu dno jest
pęknięte. Nie było wyjścia, cały uszkodzony laminat został
wykuty a miejsca zostały przygotowane do odbudowy dna w
tych miejscach. Problem z przodu był bardziej na zewnątrz
- jakaś doklejka z laminatu. Wszystko zostało wycięte aż
do zdrowej warstwy. Z tyłu pęknięcie było mniejsze i
wyszło na jaw później, podczas szlifowania dna od
zewnątrz. Ale też zostało wycięte do zdrowego laminatu.
Poza tym dolne fragmenty bocznych ścianek (te brązowe)
zostały odcięte.
Ponieważ oba skrajne otwory zostały niejako zniszczone,
trzeba było zrobić szablon przodu i tyłu balastu (obie
części połączone listwą). Było to potrzebne później.
Poniżej dokumentacja fotograficzna z kilku weekendów,
które zeszły pod znakiem szlifowania i sprzątania i znów
szlifowania i znów...
Teraz przyszedł czas na trasowanie
denników oraz na prace nad górą balastu. Te dwie prace
były niezależne i można je było robić, różnymi siłami,
jednocześnie. Trasowanie denników zajęło sporo czasu,
trzeba było dokładnie ustalić ich grubość a co za tym
idzie, wysokość w kabinie. Teraz w kabinie wysokość
stania zmalała o około 2-3 cm. Za to cała konstrukcja
jest sztywniejsza niż oryginalnie.
Na zdjęciach widać już drugi otwór w dnie, gotową górę
balastu (sporo czasu zajęło dokładne wyszlifowanie
balastu no i malowanie). Widać także przymiarki do
podpory pilersu, oraz szablon balastu (przez otwory w
dnie).
Podpora pilersu jest w kształcie dwuteownika, przy czym
dolna warstwa jest wygięta, dostosowana do kształtu dna w
tym miejscu. Jak tymczasowo wygiąć dolne sklejki? Można
położyć na nich duży ciężar, ale to niewygodne potem. Ja
zastosowałem ceownik z otworami, który to ceownik na
końcach przykręciłem do dna jachtu (w końcu mam otwory na
sworznie balastowe). Pasy sklejki (już docięte na
szerokość i długość) 2 x 10 mm grubości ściągnięte śrubami
fi 8 (takie akurat miałem) pięknie ułożyły się na dnie
jachtu. Można było zdjąć szablon i sprawdzić jak wysoka
powinna być pionowa część dwuteownika. Wszystko zostało
wymierzone, krzywizna dolna zdjęta, elementy wycięte i
doszlifowane, cała podstawa w końcu złożona (na razie
tylko skręcona wkrętami). Po przyłożeniu do dna, okazało
się, że jest prawie dobrze. A to prawie polegało na tym,
że dno nie było idealne i podstawa luzem "gibała się" po
przekątnej. Poziomica powiedziała mi, jak to ustawić.
Szlifierka kątowa w dłoń i doszlifowanie dna tak, żeby
było dobrze (na zdjęciu drugim widać po prawej stronie
białą plamę po szlifowaniu).
Ten sam ceownik i śruby, przydały się ponownie do
przykręcenia próbnego dolnego szablonu dna z przodu
balastu, co przydało się do laminowania.
To już kwiecień. Skończona podpora pod pilers, wpasowana i
gotowa do sklejania z pianką. Poza tym udało się
przygotować do malowania i pomalować górę balastu (malować
można jak jest zimno, ale szpachlować już nie bardzo).
W końcu zamiast destrukcji - tworzenie.
Częściowo zalaminowana dziura przy pierwszym sworzniu i
początki laminowania przy ostatnim sworzniu (to ta
mniejsza dziura, i dziura, nie otwór
). To jednego dnia.
Drugiego dziury przy pierwszym i ostatnim sworzniu
zalaminowane od góry do końca. Od dołu to inna sprawa, bo
laminowanie od dołu zostało połączone z odbudową krawędzi
dna, zwłaszcza po lewej stronie. Chodzi o to, że występ w
dnie nie schodził się dokładnie z krawędzią balastu. Niby
niewiele, ale jednak.
Góra balastu pomalowana jeszcze dwa razy, czyli już
docelowo.
Na początku kulawo to szło, wprawy nie mam, i pojawiały
się pytania: jak pędzel umyć? (wałek na razie nie był
używany), gdzie pędzel do mikstury, gdzie rękawiczki,
gdzie szmatki, pojemnik na żywicę, folia, deseczka,
śmieci, i jak działać, żeby wszystkiego nie zasyfić
żywicą, resztkami maty i tkaniny, brudną folią,
rękawiczkami i tak dalej i tak dalej. Poza tym na
zdjęciach niżej widać produkcję denników, przy okazji
udało się zrobić podstawę pięty masztu. Na ostatnim
zdjęciu widać jak trzeba było podnieść jacht ze stojakiem,
żeby dało się odkręcić balast. No i jest to droga do
warsztatu, którą pokonywałem wiele razy dziennie, co było
niezłym ćwiczeniem.
W zalaminowanych dziurach wywierciłem otwory pod sworznie
(pierwszy i ostatni).
Były to otwory ustawiające balast w osi jachtu. To zajęło
sporo czasu.
Szablony obu końców balastu połączyłem listwą, uzyskując
szablon całości. Taki częściowy, ale wystarczający.
Wyznaczenie osi jachtu, i na betonie pod spodem i na dnie
jachtu (przydało się teraz, przyda się i później), trochę
trwało.
To miłe, kiedy znaczniki na betonie, wyznaczone przez
piony dziobu jachtu, krawędzi s-driva i przedniej krawędzi
balastu układają się idealnie w jednej linii. Aż się
zdziwiłem.
Przedni sworzeń balastowy jest dokładnie w osi płetwy,
tylny przesunięty w bok o 2,5 mm.
Czy otwory są dobrze wywiercone, odpowiedziała próba
włożenia balastu. Niestety trzeba to było zrobić. Przy
czym balastu o wadze 1200 kg nie da się wziąć w dłonie, i
dowolnie przykładać do dna jachtu.
Trwa też klejenie denników. Pierwszy, z "podpilersiem",
widać niżej.
Sporo czasu zajęło posprzątanie jachtu i przygotowanie
miejsca do kolejnych prac. Stanowczo brakowało boksu na
wszystkie zbędne chwilowo graty.
Pilers pojechał do przespawania rury, przy okazji, znajomy
z klubu, wymyślił jeszcze lepszy sposób zrobienia zaczepu
wyciągowego montowanego do sworzni balastu. Będzie super ![]()
Piękne zielone (szmaragdowe?) plamy
na zdjęciach to wylaminowane dziury. Kolor pierwsza
klasa, podoba mi się ta żywica. ![]()
Klejenie denników. Wnioski: do cięcia pianki piła do
drewna jest lepsza od piły do metalu. Tnąc piankę na
udzie ryzykujemy rozerwanie piłą kieszeni spodni,
słusznie nazwanych roboczymi ![]()
Ilość mililitrów utwardzacza na mililitry szpachlówki, w
zależności o temperatury i tego, jak szybko szpachlówka
ma żelować, miałem już w głowie (acz na kartce jednak
czasami warto policzyć).
Denniki klei się łatwo, ale dopasowanie ich do dna, tak
żeby były wypoziomowane w każdą stronę i na jednakowej
wysokości, wymaga "trochę" zachodu. W każdym razie praca
z tych przyjemniejszych, bo nie trzeba w rękawiczkach ![]()
Zęza zalaminowana, w sensie, że podkład pod resztę prac
jest.
Tak ku pamięci, to żeby przygotować stary laminat to
trzeba: jakoś go oczyścić, ja za poradą wybrałem zwykłe
przeszlifowanie całości - trochę szlifierką, trochę
ręcznie. Potem trzeba odkurzyć. I odkurzyć. I odkurzyć bo
coś tam się poprawiło. I odkurzyć. Szpachlowanie krawędzi
w łuk. Szablon z rurki plastikowej o odpowiedniej
średnicy. Szpachlówka. I jedziemy. Okazało się, że
wgłębienia są duże i trzeba było w zasadzie na dwie raty.
Mnóstwo czasu, chyba z 2,5 godziny na to poszło. I teraz
można było laminować.
O laminowaniu pisał nie będę, ale znam milsze zajęcia.
Zwłaszcza jak się robi samemu, w takiej ciasnocie i
pierwszy raz większe kawałki. Do tego w deszczu częściowo.
Ale o jednym trzeba wspomnieć. Żeby stary laminat lepiej
łączył się z nowym, to należy ten stary laminat
posmarować/pomalować dwuprocentowym roztworem naftenianu
kobaltu w styrenie.
Takie coś można kupić gotowe, można sobie zrobić samemu ze
składników (ale wtedy będzie tego tyle, że wystarczy dla
połowy stoczni jachtowych na rok).
Początek maja 2015r.
Najpierw przeszlifowanie/zmatowienie całego dna (wcześniej
wylaminowanego), szlifierką i ręcznie. Oraz, niestety, tu
się przyznam, zeszlifowanie kilku miejsc zrobionych źle.
Czyli pęcherzy powietrza. Był jeden taki pas, oraz kilka
mniejszych miejsc. Wychodzi, że za mało żywicy w tych
miejscach dałem (niby proste, niby człek się stara,
ale...). Ale skoro w laminacie wszystko można poprawić, to
i takie coś także.
Potem powtórka traserki denników, sprawdzenie z szablonem
góry balastu. Drobne przesunięcia były. A to dlatego, że
denniki były trasowane kiedyś przy założeniu, że sworznie
są dokładnie w środku dużych otworów w dnie. Nie do końca
jest to prawda i trzy denniki przesunęły się o kilka mm.
Wszystkie takie prace są czasochłonne, a może ja się z tym
zbytnio pieściłem. Ale lubię, jak jest równo i dokładnie.
Wylaminowanie całego wgłębienia na równo z resztą dna
To białe, co widać, to firet - specjalny grubszy materiał,
jako wypełniacz, żeby się nie zalaminować na śmierć, a
odporny na ściskanie. Zastosowany w sumie tylko w
przedniej części wgłębienia, i niepotrzebnie. Trzeba było
całość wylaminować jednorodnie i na raz.
Inna sprawa, że cały ten występ w dnie jest po cholerę i
nie wiem czemu go zrobili. Wzdłużne usztywnienie dna nie
jest potrzebne, bo balast usztywnia najlepiej. Trudno
dopasować balast do tego występu (czy raczej odwrotnie),
no i w środku też same komplikacje. Gładkie dno byłoby
znacznie bardziej praktyczne.
Widać na zdjęciach piękny, zielony kolor. Łącznie 17
pakietów, czyli zestawów mata-biaxial.
Tak w ogóle, to drugi raz robiłbym w innej kolejności.
Trzeba było nie tykać denników, tylko zrobić wszystko w
tej wnęce. A najlepiej byłoby wypełnić ją całą laminatem.
I dopiero potem zabrać się za denniki. Tak to była strata
czasu. Inna sprawa, że ja nie wiedziałem jak to wszystko
wyjdzie i chciałem mieć obraz. To właśnie brak
doświadczenia powoduje, że robimy coś za długo, za wolno i
nie w tej kolejności.
Jednego dnia po pracy zebrała się mocna ekipa (bo aż
cztery sztuki) i przypasowywaliśmy balast do jachtu. A
konkretniej sworznie do otworów. Których to otworów w
większości nie było. Wyszło na to, że sworznie są krzywe
(no, część). W sensie, że pochylone w różne strony. Dobrze
zrozumiałem, czemu stare otwory pod sworznie były takie
nadwymiarowe.
W każdym razie przesunęliśmy te 1200 kg pod środek jachtu,
potem podnieśliśmy w górę. Przypasowaliśmy, narysowaliśmy
korekty, wykonaliśmy korekty otworów przy pomocy narzędzia
typu zdzierak/frez do wiertarki. Genialne urządzenie.
Balast na dół, poprawki frezem, balast do góry, na dół,
poprawki, do góry i tak kilka razy. W końcu wlazł. Wyszło
na to, że balast poprzednio był lekko nierównoległy do osi
jachtu. Odrysowałem sworznie i podkładki, balast na dół.
Ustawiony znów z boku sań, ale już znacznie wyżej, czekał
na swój czas.
Że nam się przy tych manipulacjach nie wykopyrtnął, to
znak, że Teliga nas wspiera ![]()
Można też przyjąć, że stojak do balastu został całkiem
niegłupio zaprojektowany i zrobiony.
Wszystko podszlifowane (także to co mi jeszcze podpadło),
dennik pod pilers wklejony.
Wyszlifowałem boki, wyrównałem do poziomu. Frezem
wiertarkowym i pilnikiem zrobiłem na gotowo 8 otworów pod
sworznie balastowe (cztery trzeba po laminowaniu ponownie
wywiercić, ale wiem gdzie) - to pokłosie środowego
pasowania balastu i znakowania flamastrem odchyłek.
Jeszcze raz wyznaczyłem położenie denników (są w kilku
korekty o kilka mm). Wkleiłem na gotowo dwa denniki, a
pozostałe (w tym pierwszy, najtrudniejszy) są w różnym
stadium zaawansowania.