Remont mocowania balastu, część 2

6.12.2017

Połowa maja. Efekt niedzieli i jednego popołudnia. Przygotowane i przyklejone już wszystkie denniki.
Bardzo pracochłonne było szpachlowanie łuków na krawędzi denników. Dokładnie, wg szablonu w postaci połowy rurki o odpowiedniej średnicy. Doszlifowanie ewentualnych nierówności.
Oraz ostateczne porządki przed laminowaniem (żeby pod kojami było pusto, a po kojach dało się chodzić).

13 maja przyszedł ten dzień - zalaminowanie całości. Robił to fachowiec, któremu cała praca, praktycznie bez poprawek, zajęła niecały dzień. Aż miło było popatrzeć.




Nie związane z samymi pracami, ale jeden dzień straciliśmy na przestawianie jachtu na nowe miejsce. Nie było to wcale takie proste i nie bez przygód. Ale nie będę opisywał, bo nie ma się czym chwalić, niestety.
W każdym razie jacht stoi na nowym miejscu, już nie tak wysoko jak wcześniej, balast w pionie i tylko trochę w kilku miejscach podrapany.
Jacht trzeba było wypoziomować, ale już tylko na boki. Pod jachtem wyrysować na betonie oś jachtu.
Wszystkie otwory na sworznie zostały na nowo odtworzone (to co zostało zalaminowane). Już ostatni raz. Poza tym dno na obu końcach balastu zostało wyszlifowane, doprowadzone do kształtu docelowego (a kształt na końcach tego występu jest wredny do szlifowania). Stare podłogi częściowo przerobione, w każdym razie można już po nich chodzić (a nie po dennikach). No i porządki. Spora część jachtu, od dziobu licząc, została odkurzona, wymyta, wyszorowana. Myć z pyłu trzeba wszystko, każdy przedmiot, pudełko, narzędzie.
Przy okazji wynosi się rzeczy zbędne i wyrzuca śmieci.
Po pierwszym malowaniu, jeszcze rozcieńczoną mocno farbą.



Do dalszych prac trzeba było zmatowić powierzchnie balastu i dołu dna, zebrać podkładki, nakrętki. Kupić sikaflex, pożyczyć klucz nasadowy (rozmiar 24), klucz dynamometryczny, smar grafitowy.

24 maja nadeszła ta, wiekopomna chwila - i balast wisi!




Błędy:
- sworznie smaruje się smarem zanim zacznie się dokręcać nakrętki :evil:
- krawędź balastu i dna warto wykleić taśmą papierową przed całą operacją - wtedy nie trzeba czyścić z siki całej okolicy szczeliny, ech
- jak sworznie są zbyt długie, to zwykły klucz nasadowy nie pozwala dokręcić nakrętek, jest zbyt płytki
- nie wiem jak zrobić, żeby podkładki się nie przekręcały w ferworze walki i dokręcania

Ale ogólnie poszło sprawnie. Wyrysowanie pod jachtem linii (osi jachtu) to jednak był super pomysł.
To nie był koniec. Zimą doszły drugie nakrętki z oczkami na jednej parze sworzni - to zaczepy do podnoszenia jachtu. Poza tym podłączenie uziemienie instalacji elektrycznej (było, ale stary kabel przez dennik nie można poprowadzić - podchodzi teraz z boku).

Poniżej pilers po zamontowaniu, widać dół i górę. Dodatkowo, przy okazji, stopa masztu została oczyszczona i pomalowana proszkowo.
Ostatnie zdjęcie pokazuje stare blachy, na których wisiał balast. Trafiły na złom.






Podsumowanie całej operacji, koszty, wnioski i rady, do których teraz czuję się uprawniony.

Najpierw koszty. Łącznie wydałem 2000 zł. W tym wszystkie materiały (żywica, inicjator, szpachlówka/klej, pianka PCV, mata, tkanina, aceton, mikstura, flanela), podkładki nierdzewne, podkładka pod pilers, farba Bosman 54, trzy tubki sikaflexu, pędzle, rękawiczki, pojemniki do rozrabiania wszystkiego, strzykawki, papier ścierny do wszystkiego czego używaliśmy i pewnie jeszcze trochę drobiazgów oraz robocizna laminowania.
Do tego jeszcze koszt przespawania pilersu i puszka farby po sezonie.
Oczywiście pamiętam o pracy własnej, załogi i wszystkich, którzy za darmo pomagali.
 
Co dostałem gratis:
- kolega klubowy pospawał mi za free i z materiałów ze złomu stojak pod balast
- inny kolega klubowy pożyczył mi na cały czas remontu świetną szlifierkę kątową z elektroniczną regulacją obrotów
- klub użyczył mi szlifierek oscylacyjnych (trójkątnej i prostokątnej), odkurzacza, potrzebnego drewna, podnośnika hydraulicznego i przede wszystkim podnośnika paletowego oraz trochę farby podkładowej do pomalowania góry balastu.

Cztery osoby z załogi odwaliły mnóstwo roboty, często tej najbardziej żmudnej, głównie szlifowania. Ale i podnoszenie jachtu, opuszczanie/odrywanie balastu, przeprowadzka jachtu, mocowanie balastu też zostały wykonane wspólnymi siłami.

Piotr Adamowicz opracował projekt nowego mocowania balastu, podał technologię i nadzorował całe prace, znosząc cierpliwie moje telefony z najróżniejszymi i licznymi pytaniami. Skontaktował mnie też z fachowcem od najważniejszego laminowania.

Wszystkim powyżej bardzo gorąco dziękuję!!!

Teraz wnioski. Najpierw taki drobniejszy. Można to było zrobić szybciej, gdybym tak się nie certolił z laminowaniem, które sam robiłem, pomiarami wszystkiego oraz gdybym nie powtarzał niepotrzebnie niektórych prac. Myślę że straciłem przez to ze dwa weekendy robocze, czyli 4-5 dni.
Drugi wniosek jest znacznie ważniejszy i radzę go dobrze przemyśleć.

Chodzi o nadzór nad pracami i projekt tego, co mamy zrobić. Nawet jeżeli wydaje nam się, że wiemy jak trzeba coś wyremontować, to o ile naprawdę się na tym nie znamy, warto zapytać fachowca. Najlepiej takiego, z którym mamy wspólny język i podobne poglądy na jachty i ich konstrukcję.
Chodzi o to, żeby nie wpuścić się w kanał, nie wywalić kasy i wysiłku na coś, co albo nie będzie do końca dobre, albo będzie całkiem do dupy.
Szkoda na to czasu. Dlatego pytajmy. Zaakceptujmy projekt (wszelkie niuanse i niejasności) i potem się go konsekwentnie trzymajmy. Żadnych genialnych pomysłów w ostatniej chwili, "wzmocnień" i podobnych.

Ja nie spytałem fachowca, to Piotr sam zaproponował nowe rozwiązanie i pomoc. Szybko stwierdziłem, że bardzo dobrze się stało.

Pamiętajmy też, że laminaty poliestrowy i epoksydowy generalnie gryzą się ze sobą i nie należy ich, poza absolutnymi wyjątkami, łączyć.

Zrobiłem jeszcze podsumowanie czasowe i trochę się zdziwiłem.
Łącznie wyszło 40 dni pracy. Przy czym kilka to są popołudnia (np 3 popołudnia malowania, 1 dokręcania nakrętek, 2 wyklejania łuczków itp.). Ale 30 dni takich pełniejszych zeszło.
Powiedzmy że 5 zmarnowałem przez brak doświadczenia i błędy.
I tak zostaje sporo. I to nie tylko ja pracowałem, ale bardzo często ktoś z załogi, czasami więcej niż jedna osoba.

I jeszcze podsumowanie po sezonie. Jacht na brzegu, dno umyte, można było zerknąć na łączenie balastu z kadłubem. Zerknąłem.
Wygląda wszystko idealnie, sikaflex wszędzie trzyma jak powinien, gładko i równo.
W środku ani jednego pęknięcia, nawet farby. Zęza sucha, w pyle i włosach jednej załogantki.
Wokół podkładek nic się nie dzieje. W trakcie sezonu dla spokoju ducha brałem klucz i kilka razy próbowałem dokręcać nakrętki na sworzniach balastowych. Na początku kilka (na 12) dało się ruszyć o kilka stopni (ułamek obrotu), potem już nie. Wszystkie sworznie suche, zero wody.
Co prawda jacht nie pływał długo w ciężkich warunkach, ale dobre kilka dni bardzo ostrej żeglugi ma za sobą. W tym kilka potwornych uderzeń podczas spadania z fali (zwłaszcza jedna noc na Sailbook Cup dała popalić).

Dodatkowy bonus remontu - przez to, że jacht praktycznie nie cieknie (jest kilka drobych miejsc na pokładzie, dwóch jeszcze nie mogę namierzyć, wrrr), w środku zrobilo się o wiele przyjemniej. Czerpaki/butelki stały się zbędne, wystarczy gąbka do wybierania wody. Czasami tylko używana!

Cały opis powstał na podstawie długiego, prowadzonego na bieżąco i popularnego wątku na forum.zegluj.net. Został skrócony, wygładzony, uzupełniony. W ten sposób cała historia jest w jednym miejscu i dla kogoś, kto czyta pierwszy raz, bardziej strawna.
Link do wątku na forum: http://forum.zegluj.net/viewtopic.php?f=22&t=19905

Pierwsza część opisu