Instalacja
elektryczna została zmieniona po raz czwarty. W sumie taka informacja może budzić mieszane uczucia, ale to rozważania na inną okazję.
Same prace opisałem w
innym miejscu, tutaj ma być geneza, idea i
wnioski.
Jedna zmiana planowana była od lat, tylko ciągle
brakowało „mocy przerobowych”.
Poza tym, nie lubię dokładania ciężarów na jacht. Chodzi
o izolator galwaniczny w układzie zasilania jachtu z
lądu. Waży to kilogram, a chroni elementy jachtu przed
korozją elektrochemiczną. Ponieważ niedawno założona
anoda cynkowa na s-drive całkiem sporo się zużyła, to
liczę na to, że izolator oszczędzi trochę pracy i
pieniędzy przy kolejnych wymianach anody. Zobaczymy.
Ale dodałem ten izolator z mieszanymi uczuciami.
Druga zaległa
praca dotyczyła bezpiecznika na silniku.
Na silniku, przykręcony do blachy, był moduł
poczwórnego bezpiecznika. Konstrukcja stara jak
bursztyn, oryginalna. Od dawna mi to nie pasowało.
Teraz jest bezpiecznik na przewodzie, w szczelnej
obudowie, samochodowy. Na silniku zrobiło się luźniej
i przewody są sensowniej poprowadzone i zamocowane.
Trzecia zaległa
rzecz to coś, co także chodziło po głowie od dawna,
ale brakowało przekonania i oczywiście mocy
przerobowych. Chodzi o drugie gniazda 230V w kabinie.
Podczas prac zimowych byłoby to ułatwienie, tak samo
podczas postoju w porcie. Podłączenie czy to grzejnika
czy laptopa bez przedłużacza jest cenne. Ale
oczywiście to zbędny ciężar (przewodu, bo gniazda są
lekkie) i sporo upierdliwej pracy, tylko po to, żeby
było ciut wygodniej...
Izolator, bezpiecznik silnikowy i dodatkowe gniazda 230V
to tylko wstęp do znacznie poważniejszej zmiany w
instalacji.
Impulsy do zmiany były dwa.
Pierwszy to coraz mniejsza autonomiczność prądowa. Trzy
doby bez ładowania akumulatora to maksimum. Ładowanie
silnikiem w czasie regat jest bardzo problematyczne, bo
nie można włączyć napędu na śrubę. Poza tym silnik
zawsze denerwuje i w czasie regat z zasady go nie
włączamy.
Drugi impuls to wiek i stan akumulatora hotelowego. Miał
więcej niż 14 lat. Jego awaria w trakcie sezonu byłaby
kłopotem. Wtedy albo kupno podobnego akumulatora (też
koszt, kłopot z mocowaniem), albo wymiana na LiFePo4. To
drugie wiąże się ze sporymi zmianami. Taka praca w
trakcie sezonu, albo w czasie rejsu zagranicznego, nie
jest szczytem marzeń.
Postanowiłem wyprzedzić problemy.
Dłuższe rozważania doprowadziły do następującego planu.
Kupiłem akumulator 300 Ah drop-in czyli gotowiec.
Dlatego że nie chce mi się bawić w kupowanie i
dobieranie cel oraz BMS-u, budowę obudowy, balansowanie
i próby.
Wolę dopłacić, ale dostać gotową skrzynkę tylko do
wstawienia na miejsce.
Tak duża pojemność dlatego, że radykalnie rozwiązuje
problem autonomiczności prądowej w pływaniu bałtyckim.
9-10 dni to naprawdę dużo. To też pozwala na razie nie
myśleć o drugim panelu słonecznym na rufie.
Żeby za wiele nie czekać na naładowanie akumulatora w
porcie, potrzebna jest solidna ładowarka. Wybrałem
ładowarkę o prądzie 40A. Ale szybkie ładowanie nie jest
bezproblemowe. Większe przewody, większe bezpieczniki.
Ma to sporo konsekwencji wykonawczych.
Poza tym, wybrana ładowarka ma jedno wyjście i jest
uniwersalna. Żeby czasami, awaryjnie, mogła ładować też
akumulator rozruchowy, potrzebny jest przełącznik. Taki
przełącznik wstawiłem, bo nie będę się bawił w
przepinanie kabli, nawet tylko na zimę.
Nowy akumulator ma inne przyłącze niż stary. Do starego
były podłączone klemy, które mają dodatkowe śruby dla
mniejszych przewodów. Nowy akumulator ma wyjścia śrubowe
M8, więc musi być szyna dla dzielenia energii i
podłączenia przewodów oraz głównego bezpiecznika.
A przewodów jest kilka, w tym jeden gruby (35 mm2),
jeden średni od ładowarki (16
mm2) i trzy cienkie
kontrolno-pomiarowe (woltomierz i monitor baterii).
Przewód ładowania musi wytrzymać prąd 40A przez kilka
godzin, ale został także dobrany pod kątem spadku
napięcia. Przewód do aku rozruchowego jest taki sam, już
na przyszłość.
Poprzednio zrobiłem duży błąd, montując bezpieczniki na
akumulatorach i podłączając do klem kilka przewodów. To
skutek rozbudowy instalacji na raty. Teraz jest inaczej.
Nowa główna szyna minusowa, szyny plusowe, nowa szyna
minus w tablicy pomocniczej.
Tak powinno być od początku. Wtedy pracy przy zmianie
akumulatora byłoby o wiele mniej.
Jedna nietypowa rzecz. Nie planuję żadnej ładowarki
DC-DC, bo nie widzę w ogóle potrzeby ładowania
akumulatora hotelowego z silnika w czasie pływania. Przy
tak dużej autonomiczności nie ma to sensu.
Brak takiej ładowarki obniża koszty i komplikację
instalacji.
Oczywiście, gdy zaplanujemy rejs na Azory czy inną
Islandię, temat wróci.
Sam schemat, idea dwóch obwodów i dwóch źródeł prądu,
które można używać wymiennie, została zachowana.
Po pewnym namyśle, po uwagach na sailforum i rozważeniu
sensu zabezpieczeń, na jachcie zostały bezpieczniki ANL
150A.
Bezpieczniki termiczne są zbyt wolne w przypadku
zwarcia, a wszak tylko zwarcie może być u nas problemem.
Nie ma w ogóle mowy o przeciążaniu przewodów, więc
bezpieczniki termiczne (i inne przeciążeniowe) nie mają
sensu.
Dlatego na obu przewodach akumulator-ładowarka
zamontowałem bezpieczniki topikowe MIDI. Ich oprawki są
małe i lekkie.
Także na przewód do rozdzielni głównej trafił
bezpiecznik MIDI zamiast automatycznego, który tam był
od kilku lat.
Inna rzecz, że gdybym wiedział wcześniej, to pewnie
zastosowałbym jako główne bezpieczniki, bezpieczniki
typu MRBF. To też bezpieczniki topikowe, nakładane
wprost na zacisk akumulatora. Ma to wiele zalet, do tego
są małe i lekkie.
Pewnej zmianie uległa także instalacja
odgromowo-uziemieniowa. Dostała własną szynę główną
(zacisk podwójny w komorze silnika zamiast połączenia na
silniku).
Szyna ta zastała połączona z główną szyną minus przy
akumulatorach, czyli jest tak jak powinno być,
przynajmniej w tym aspekcie.
Wnioski.
Wszystkie szyny powinny być montowane od samego
początku. Wszystkie powinny mieć zaciski śrubowe, pod
końcówki oczkowe na przewodach. Czy to dużych, czy
małych.
Musi być osobna szyna minus, osobna szyna uziemienia,
osobne szyny plusowe dla każdego akumulatora. Jeżeli
mamy jakiś monitor czy monitory baterii, to tym
bardziej.
Wyżej napisałem o konsekwencjach wykonawczych. Dotąd
jedynymi grubymi przewodami na jachcie były przewody
rozruchowe. Dalej pozostały największe, ale doszły
przewody 16mm2 do ładowania akumulatorów. To oznacza
także przewód minusowy tego przekroju, odpowiednie
zabezpieczenia, odpowiednią szynę minus.
Przewody mogłyby być ciut cieńsze, 6 lub 10 mm2, ale
zostały dobrane także pod kątem spadków napięć. Jak
chyba wszystkie przewody na jachcie. Spadek nie powinien
przekraczać 1,5% - to takie prywatne założenie.
Oczywiście spadki zależą też od długości przewodów. Na
Czarodziejce przewody są generalnie bardzo krótkie.
Akumulatory są zaraz za silnikiem, rozdzielnia główna
obok silnika, wyposażenie pod kuchenką także jest
blisko.
Prace przy instalacji na jachcie są dlatego tak
upierdliwe, że dostęp jest ciężki. Ale to wynika z tego,
że elementy elektryczne są rozmieszczone zgodnie z
logiką minimalizacji długości przewodów, maksymalnego
wykorzystania miejsca na jachcie i najmniej dolegliwego
rozmieszczenia ciężarów.
Do tego są mało narażone na wodę.
Zmiany tegoroczne zmniejszyły masę jachtu o 7,85 kg. Nie
jest to wiele, ale dobrze, że w ogóle.
Gdyby nie dodanie izolatora galwanicznego i gniazd 230V, to zysk na masie jachtu byłby większy.
Poza tym można było wybrać mniejszy akumulator. Wybrałem 300 Ah, to maksymalny rozmiar (w
sensie gabarytów) jaki bez większych komplikacji dało się zamontować.
Jak to wszystko się sprawdzi, jaka będzie faktyczna
autonomiczność jachtu, jak bardzo męcząca w praktyce
będzie głośna ładowarka, okaże się w trakcie sezonu.
Schematy instalacji po zmianach zamieszczę osobno.
Suma wydatków na elektrykę tej zimy to 5000 zł. (bez
kilku złotych). Powinno być więcej, ale na akumulator i
ładowarkę dostałem bardzo dobrą cenę. To już fuks i
prywatna sprawa. Z tego 200 zł wydałem bez sensu na
bezpieczniki termiczne. Cóż, brak myślenia czasami
kosztuje...