W
poprzedniej relacji z remontu napisałem o planach co do
instalacji elektrycznej na silniku. Znaczy w układzie
rozruchowo-ładująco-kontrolnym silnika.
Remoncik wynika z poprowadzenia przewodów nową trasą. Całe
pięć sztuk. Przy okazji załapało się kilka krótkich
przewodów na prądnicy i rozruszniku. Oryginalny
projekt przewiduje niektóre połączenia przy pomocy
końcówek wsuwanych. Co dla przewodów o przekroju 6 mm2
wydaje się dość dziwne.
A nawet bardzo dziwne. Podłączenie na rozruszniku musiało
takie zostać. Wystaje z niego końcówka, miejsca nie ma na
inne rozwiązanie. Podobnie w gnieździe bezpieczników,
oryginalnych. Musiałbym wymienić obudowę i same
bezpieczniki. Odpuściłem i zostały końcówki wsuwane. Ale
specjalnie kupione, dopasowane do przekroju przewodu. Nie
w każdym sklepie elektrycznym da się kupić końcówki
odpowiednich rozmiarów. Z oczkowymi też zresztą jest
problem, bo niemal każde oczko jest na inną średnicę
śruby.
Za to na jednym cienkim przewodzie udało się zastąpić
końcówkę wsuwaną przez końcówkę oczkową.
W tej chwili, po dwóch remontach, mam w zapasie różne
końcówki, na różne oczka i na różne średnice przewodów. Do
tego rurki łączeniowe i końcówki szpilkowe.
Kupowane niemalże na sztuki, bo ilości minimalne w zakupie
są naprawdę minimalne, w firmie TME www.tme.eu/pl
Końcówki wsuwane kupiłem w firmie WIST Instrument, która
nie ma nawet swojej strony internetowej. Ale w końcówkach
są mocni.
Mając narzędzia, czyli w tym wypadku zagniatarki, jest się
niezależnym.
Zagniatarki w liczbie mnogiej, bo przy okazji, oczywiście,
zrobiłem poprawki na dwóch dużych przewodach z
instalacji uziemiającej. To te dwa zółto-zielone,
dochodzące do silnika. Nowe końcówki i nowe koszulki
temokurczliwe, znacznie lepsze niż poprzednie. Koszulki
termo, zwłaszcza na większe przewody, powinny być z
klejem. Wtedy faktycznie długo się trzymają, nie odchodząc
po roku od izolacji przewodu...
Ale na zdjęciu poniżej, dla zupełnej odmiany, przewód
lampy rufowej połączony przy pomocy tulejek łączeniowych,
zagniatanych, schowanych w koszulce termo.

Wracając do silnika, to niżej zdjęcia w trakcie prac. W
końcu zajęło to dwa dni.
Poniżej efekt końcowy.
Skąd tytuł artykułu? Po skończeniu instalacji silnikowej zająłem
się naprawą awarii z sezonu. Drobnych awarii. Nawalała
czasami jedna lampka w kabinie. Oraz, w identyczny sposób,
lampa kotwiczno-silnikowa na topie masztu. Obie czasami
działały, a czasami nie. W kabinie mamy kilka lampek, więc
jedna niedziałająca nie jest krytyczna. W nocy na silniku
pływamy też rzadko, więc także problem stosunkowo
niewielki. Teraz okazało się, że w obu przypadkach winne
są włączniki. Tanie włączniki, za kilka złotych.
Może opłaca się zmienianie ich co kilka lat? Jeżeli jednak
chcemy większej niezawodności, trzeba trochę zainwestować
w lepsze włączniki. I tak chyba zrobię, przynajmniej w
przypadku zasilania lampy na maszcie.
Generalnie chodzi mi o to, że stosując wyposażenie z tych
tańszych, będziemy zmuszeni do ciągłego wracania do
remontu instalacji.
Warto dodać coś o warunkach pracy. Ostatni weekend był
dość mroźny, i nawet śnieżny. W sobotę na jachcie
przywitała mnie temperatura -4 stopni. Pierwszy raz
włączyłem grzejnik na pół mocy (niewiele, całe 400 W), co
podniosło temperaturę w środku do plus 2 stopni. Nie ma co
narzekać.
W niedzielę było cieplej o całe dwa stopnie, więc naprawdę
nieźle ;)
Dojazd do jachtu jest przyjemny i różne ciekawe rzeczy
można zobaczyć.
Ptaki na zdjęciu to czaple, całe 7 sztuk. Zdjęcie zrobione
z samochodu, choć zatrzymanie samochodu powoduje, że
czaple uciekają. Trochę trudno im łowić ryby, bo jeziorko
zamarzło. Ogólnie klimat odludzia. W sobotę miałem okazję
zobaczyć lisa, ale zdjęcia nie miałem szansy zrobić.
Lisy, i to dwa, są na zdjęciach z zeszłego roku.