Temat elektryki na jachtach jest zazwyczaj rozpatrywany przez pryzmat wielkości banku akumulatorów, paneli słonecznych, przetwornic na napięcie przemienne, zasilania lodówki, telewizora, płyty indkukcyjnej i spawarki...
Ale jest też ta bardziej prozaiczna część instalacji, niejako końcowa. Zasilanie nie spawarki (to żart, nawiązanie do książki Urbańczyka) tylko latarek, czołówek, telefonów. Ale także ręcznego radia VHF, szperacza, GPS-ów, tabletów i tak dalej i tym podobnie (nazwiąznie do książki Broszkiewicza).
O tym właśnie jest ten artykuł.
Przy czym całość ma swoją logikę i łączy się z tym, co jest na jachcie, oraz jak pływamy i jak traktujemy opcję awarii zasilania w ogóle, awarii grupy urządzeń i awarii niektórych urządzeń.
Założenie do kilku lat jest takie, że wszystkie urządzenia nie podpięte pod akumulator wprost, muszą mieć możliwość ładowania na jachcie. Realizowaną na różne sposoby.
Lista tego, co mamy na jachcie i co wymaga ładowania lub wymiany baterii.
Żródła światła, latarki i czołówki. Wszystkie są albo ładowane przez kabel usb (jedna z czołówek) albo mają zasilanie bateryjne. Czy to przez bateryjki AA czy przez AAA. Czyli duże i małe paluszki.
Specjalnym źródłem światła jest szperacz Caterpilara. Jest on zasilany przez duże baterie. Dotychczas ładowało się go z gniazda USB przez kabel USB. Ale akumulatorek w środku padł. W efekcie kupiłem dwa nowe akumulatorki typu 5200, które mogę w szperaczu wymieniać i które można ładować bez ładowarki (mają wejście na kabel USB).
Specjalnym przypadkiem są awaryjne światła nawigacyjne. Można kupić np. komplet, zasilany przez bateryjki typu CR. Ale uznałem, że to bez sensu. Kupiłem lampki zasilane bateryjkami AA, które można łatwo wymienić i naładować. Te lampki były użyte raz, kilka lat temu, na regatach GWG, gdy okazało się, że padła nam lampa dziobowa.
Zasilanie akumulatorkami ma szczególne znaczenie w przypadku awaryjnych zapasów. Lampki nawigacyjne, lampka przy kole ratunkowym (ta jest zasilana akumlatorkiem R-20 - specjalnie takiej szukałem), latarka i stroboskop w grab-bagu. To wszystko tylko leży i czeka. Baterie się zużywają, więc możliwość naładowania co jakiś czas dużo daje. Daje niezależność i oszczędności.
Używamy na jachcie ciągle ręcznego GPS-a. Ploter jest w kabinie, a nawet jeśli by nie był, to ręczny GPS daje możliwość ciągłego namierzania się na wybrane cele (w regatach bezcenne). Zasilany jest dwoma akumulatorkami AA. Baterie, przy ciągłej pracy urządzenia wytrzymują około doby. Słownie: doba.
Stary ręczniak GPS jest w zapasie, także zasilany dwoma akumulatorkami. Gdy baterie się kończą, to się je po prostu wymienia, a te zużyte trafiają do ładowania. I tak ciągle.
Często ładowanym urządzeniem jest ręczna UKF-ka. Została dobrana na jacht z trzech powodów: jest pływająca, jest wodoszczelna i jest ładowana przez kabel USB. To ostatnie było kluczowe.
Zdjęcia robimy aparatem Olympus, który także jest wodoszczelny i także jest ładowany przez kabel USB (w wersji C).
Oczywiście wszystkie telefony jachtowe, czy zwykłe czy smartfony (także załogi lub gości) można ładować przez USB.
Także inne urządzenia, typu zegar w kabinie (jeden akumulatorek AA) albo to, co przyniesie na jacht gość albo załoga.
Jak to jest w praktyce rozwiązane.
Od kilku lat jest na jachcie wydzielony kącik w szafce nawigacyjne, zwany kącikiem ładowania. Idea kącika jest oczywista. Wszystko zamknięte i osłonięte przed falą.
W kąciku jest ładowarka akumulatorków AA i AAA. Ładowarka ma cztery gniazda (czyli jednocześnie można ładować 4 akumulatorki, co czasami jest mało) i jest zasilana z gniazda zapalniczki. Wolałbym zailanie przez USB, ale ta ładowarka ma swoje lata i ciągle działa bezawaryjnie. Poza tym jest mała i lekka.
W kąciku jest właśnie gniazdo zapalniczki, używane już tylko do ładowarki. Jest też podwójne gniazdo USB.
Na montaż czekają nowsze podwójne gniazda, z wyższą wydajnością prądową i jednym wyjściem USB-C.
Poza tym obok, w rodzielni alektrycznej, ale już poza zamkniętym kącikiem jest drugie podwójne gniazdo USB (używane głównie do ładowania ręcznej UKF-ki i także do ładowania szperacza). Szperacz od tego roku będzie ładowany inaczej (jego nowe akumulatorki bezpośrednio przez kabel USB starszego typu).
Na jachcie mamy pewien zapas akumulatorków AAA i AA teraz już wyłącznie z serii „eneloop”.
Wszystkie kabelki i akumulatorki są w zamykanym pudełku plastikowym, schowanym na półce kącika ładowania.
W obu jaskółkach w kokpicie są gniazda zapalniczki, jeszcze z dawnych czasów. Ponieważ nie są już używane, to zostaną wymienione na zamykane gniazda USB. Może nie dwa, ale w jednej jaskółce chyba to zrobię.
Na zdjęciu niżej część wyposażenia jachtowego oraz w akcji nowa ładowarka przeznaczona do domu (zasilana z 230V).
Zdjęcia kącika ładowania z czasów, gdy został zrobiony, są w opisie jego tworzenia:
Elektryka 2019
Oraz zdjęcie z wczoraj, jak to z bliska na jachcie wygląda.
W grab-bagu jest także mały zapas akumulatorków (co jakiś czas ładowanych) oraz power bank, na sytuacje już naprawdę awaryjne.
Reasumując.
Cały system jest spójny i kompletny. Wszystkie urządzenia ładowalne można ładować na jachcie tak długo, jak długo działa akumulator. Pewien zapas akumulatorków, zawsze naładowanych, daje trochę komfortu.
Jak się okazało z czasem, ładowanie drobiazgów trwa dość długo, dość często (staram się zawsze po wymianie baterii) i pobiera z akumulatora wcale nie do końca pomijalną liczbę amperogodzin.