Panel słoneczny, czyli z konieczności idziemy z postępem
29.03.2022

O instalacji elektrycznej było już naprawdę wiele razy. O tym, że czeka nas montaż panelu słonecznego, pisałem kilka razy. Brakowało wcześniej motywacji i, tak naprawdę, potrzeby. Autonomiczność jachtu wynosiła dobre kilka dni (bliżej 5 niż 2), a to z powodu minimalnego poboru prądu. Oświetlenie nawigacyjne i kabinowe tylko ledowe. Do tego szczątkowa elektronika (log i echosonda) oraz UKF-ka.
Tylko że to była prawda kilka lat temu. Powoli, powoli, pobór prądu rósł.  Na jacht trafiła ładowarka akumulatorków AA i AAA, która chodzi bardzo często. 2-3 godziny kilka razy po 500mA (wiem, że od strony napięcia 12V prąd jest mniejszy, ale i tak jest) daje już wyraźne zużycie. Do tego UKF-ka ręczna, także ładowana z gniazda USB. Niby nie jest ładowana często, ale... Mały tablet, także ładowany z USB, szperacz jak wyżej, smartfony załogi. To jeszcze były drobiazgi.
Silne uderzenie w bilans prądowy nastąpiło, gdy na jacht trafił autopilot. Tylko rumplowy, ale zmiana była wyraźna. Autonomiczność spadła do maksymalnie 3 dób. Co gorsze, pojawiła się niepewność i brak wiedzy, jaka jest sytuacja prądowa na jachcie. To załatwił monitor baterii. Który to monitor też ma swoje zapotrzebowanie prądowe. Bardzo małe, ale ziarnko do ziarnka...
Potem było już tylko gorzej. Drugie uderzenie w bilans prądowy to AIS nadawczy z ploterem. Niby ploter można wyłączać (AIS dalej będzie nadawał), ale w praktyce jest to niewygodne i niestosowane.
Tym bardziej w długich regatach, w których AIS pełni ważną rolę monitorowania konkurencji.
Ostatni i nowy pobór prądy to nowa elektronika. Log z echosondą w jednym urządzeniu, co ma ten feler, że nie można wyłączyć samej echosondy (wiec już jest gorzej niż było), ale nowością jest wiatromierz.
Zeszłoroczne wyścigi pokazały, że akumulator hotelowy, bez ładowania, wytrzymuje w takich warunkach 2 doby, może trochę więcej. Ma pojemność teoretycznie 140 Ah. Teoretycznie dlatego, że ten akumulator został kupiony w roku 2012(!) razem z jachtem i już wtedy nie był nowy.
W rozważaniach o bilansie prądowym wiele osób zakłada w morzu ładowanie z silnika. Ot godzinka-dwie dziennie i problem braku prądu jest zlikwidowany.
Po pierwsze godzinka-dwie dziennie pracy silnika jest bardzo męcząca na małym jachcie. Po drugie i ważniejsze, nasze przeloty są bardzo często w regatach. W regatach nie wolno włączać napędu na śrubę, zresztą nigdy bym tego nie zrobił. To oznacza, że silnik przez czas ładowania albo chodzi na niskich obrotach (co mu szkodzi i efektywność ładowania jest bardzo słaba) albo chodzi na wysokich obrotach (co silnikowi szkodzi bardzo!).
Jest jeszcze jeden aspekt zagadnienia. Jacht po weekendzie wraca do portu z dość rozładowanym akumulatorem. Żeby go naładować na kolejne pływanie, trzeba się zjawić w tygodniu i włączyć ładowanie. Nie zostawiam ładowania na dłużej bez nadzoru. Gdyby w ciągu tygodnia akumulator naładował się bezobsługowo, byłoby bardzo fajnie.

Pojawiła się myśl o panelu słonecznym. Generator wiatrowy odpada z powodu hałasu i przede wszystkim z powodu pogorszenia osiągów jachtu (opory samego wiatraka i rury, i przede wszystkim ciężar całości). Zbyt dużo minusów ma takie rozwiązanie dla nas.
Panel słoneczny jest umieszczony niżej, nie hałasuje, działa jak nie ma wiatru. Oczywiście to przy założeniu, że jest gdzieś na pokładzie a nie na bramce na rufie. Żeby nie przedłużać opisu: zapadła decyzja, żeby zainstalować panel niejako nieinwazyjnie, czyli za masztem a przed suwklapą. Miejsce ma zalety, ma też wady. Zaletą jest brak oporów, krótkie kable i to, że na pokładzie mało przeszkadza. Wadą jest możliwość zasłaniania panelu przez bom, żagle i suwklapę.
Wielkość panelu ogranicza miejsce. W praktyce udało się wstawić panel o mocy 50W. Ale z tych trochę lepszych, czyli ETFE. Do tego regulator MPPT Victrona. Czyli układ dość wypasiony. Ale pomyślałem, że skoro zależy mi na maksymalnej efektywności, to trzeba zapłacić.
Wielka niewiadoma, jak to się sprawdzi w praktyce. Mamy monitor baterii i zobaczymy.

Być może jednak trzeba będzie zamontować panel na rurze na rufie, na przegubie. Główną zaletą tego miejsca jest to, że panelu nic nie zasłania. Więc w praktyce mniejszy panel może być bardziej skuteczny.
Ale może nie będzie trzeba?
Chodzi o to, że nikt nie wie, jak w praktyce będzie działał zainstalowany panel, w miejscu gdzie jest i przy takim pływaniu, oraz postojach, jakie normalnie są. I to średnio w trakcie sezonu, bo przecież pogoda ma ogromny wpływ na efekt ładowania.

Pierwsze przymiarki samego panelu. Odrobinę trzeba było go podciąć.

W kabinie wygląda to tak jak niżej (kable na zdjęciu nie są jeszcze dalej pociągnięte).

Niemal na drugim końcu układu znajduje się regulator. Trafił pod kuchenkę, tak samo jak dawniej ładowarka. Ma to sens, bo do akumulatora jest blisko, i istniejące już połączenie można było wykorzystać.
Poza tym, miejsce pod kuchenką jest dobre eksploatacyjnie, choć fatalne montażowo.

Pomiędzy panelem a regulatorem jest odłącznik panelu. Miejsce dość nietypowe, ale logiczne i eksploatacyjnie i ze względu na trasę przewodów. Poza tym, w rozdzielni nie ma miejsca, a i sens prowadzenia tam wyłącznika jest dyskusyjny. Instalacja na jachcie jest w pewnym stopniu rozproszona, co ma plusy i minusy, jak zazwyczaj...
Sklejka na której jest wyłącznik okazała się zbyt gruba i trzeba było poświęcić dobre pół godziny na „dremelkowanie”, żeby wyłącznik dał się sensownie zamontować. Ale jest dobrze, choć gniazdo trzeba będzie kiedyś polakierować.

Sam panel został w końcu przyklejony, po sprawdzeniu, czy to wszystko w ogóle działa.



Pojawia się pytanie, czy to w ogóle działa. Amperomierz monitora baterii pokazuje, że tak.
Pod plandeką efektywność działania nie jest powalający, ale jednak działa. Jak mocniej zaświeciło słońce, amperomierz pokazał 0,4 A.

Schemat instalacji został na razie zapisany papierowo, trzeba jeszcze zrobić poprawki w schematach w postaci elektronicznej.