Naprawy silnika, czyli zawsze musi być pierwszy raz
26.01.2025

Silnik na jachcie...
Temat dla mnie obcy, na silnikach nie znałem się w ogóle (i dalej się nie znam).
W roku 2013, czyli tylko trochę po zakupie jachtu, i to w środku sezonu, silnik pierwszy raz dał znać o sobie. Okazało się, że żeliwne kolano wydechu jest pęknięte, co było zamaskowane skutecznie jakimś silikonem.
Naprawa jednak przestała działać, spaliny potwornie zabrudziły całą komorę silnika, co tak naprawdę aż do teraz nie zostało porządnie wyczyszczone (stara pianka w tylnej części komory dalej jest czarna).
Podjąłem decyzję, że kolano naprawię metodą spawania. Zrobił to warsztat w Kokoszkach i ta naprawa wytrzymała 11 lat.
Potem silnikiem zajmowałem się, gdy wyszła jakaś awaria. Nie jest to dobra taktyka, ale...

Brak chłodzenia - śledztwo wykazało, że całkowicie zakamieniło się gniazdo termostatu, co w szwedzkiej instrukcji dla opornych („for dummies” - idealnie dla mnie!) jest dokładnie opisane. Naprawa, po rozebraniu układu, co było dla mnie nowością, okazała się dość prosta. Ale przy okazji wyszło, że szwankuje termostat, który szybko przestał działać w ogóle. Co pokazały próby w szklance z gorącą wodą.
W efekcie wyrzuciłem go a w to miejsce wstawiłem kryzę z gumy. Prowizorka, która przetrwała naprawdę długo.

Potem wredną awarią było pęknięcie zbrojonego przewodu paliwowego na silniku. Został zastąpiony gumowym wężem z cybantami i to działa 10 lat. Ale co się paliwa wylało do komory silnika, to... trzeba było posprzątać.

Potem długi czas nie było awarii. Wymieniałem co roku olej i filtr (czasami nawet w przekładni s-drive), co roku rozbierałem płaty śruby i smarowałem ich osie. Dbałem jesienią o to, żeby napełniać do pełna zbiornik paliwa. Co kilka lat czyściłem odstojnik paliwa w bakiście - co zmusiło mnie do nauczenia się, jak się odpowietrza układ paliwa. Co przydało się, gdy wymieniłem zbiornik paliwa na ciut większy (niepotrzebnie, ale to inna historia), do tego zawór paliwa w bakiście i przewody paliwowe.
Wtedy także została uszczelniona pompa paliwa, która lekko ciekła.

Co jakiś czas, wcale nie co roku, wymieniałem wirnik pompy wody. To jest nieprzyjemna praca, bo pompa wody jest z tyłu silnika i do wymiany wirnika trzeba ją zdjąć.

Niezbyt związana z samym silnikiem była wymiana przewodów elektrycznej instalacji silnikowej.
Tak czy owak silnik działał, choć słabo o niego dbałem.
Dopiero w roku 2023 zaczął coraz trudniej zapalać w niskiej temperaturze.
Korekta metody rozruchu pomogła.

Także w tym roku pękła linka gazu i to już trzeba było naprawić. Także wtedy przyszedł czas na wymianę anody na s-drive, co okazało się niełatwe.

Od jakiegoś też czasu, ale nie wiem dokładnie od kiedy, nawala mechanizm zmiany kąta wyprzedzenia zapłonu. Nawala w tym sensie, że zacina się w pozycji włączonej i cofanie cięgna nic nie daje. Trzeba palcem, na silniku, cofnąć dźwignię.

Biorąc to wszystko pod uwagę, doszedłem do wniosku, że czas poprosić o pomoc fachowca. Chciałem załatwić przegląd silnika, naprawę linki, wstawienie termostatu i tak dalej. Niestety współpraca nie potrwała zbyt długo. Dostałem nową linkę, ale nic poza tym nie zostało zrobione. Założenie i wyregulowanie nowej linki gazu nie było proste (naprawdę się nie znam), ale jakoś to zrobiłem, choć cały dzień na to straciłem.

Pod  koniec sezonu 2024 pękło kolano wydechu i tym razem uznałem, że czas na nowe. Nowe kolano z nierdzewki zrobił mi znajomy warsztat.

Zdjęcie starego kolana nie było takie łatwe, trzeba było zdjąć wlot powietrza do cylindra (trudno to nazwać filtrem) a potem powalczyć z wężem wylotowym.
Nowe kolano wydechu założyłem, do tego nowy przewód doprowadzający wodę do niego (stare połączenie metalowe zastąpiłem wężem gumowym).

W tym momencie awaria została naprawiona. Reszta prac to prewencja.

Jacht kupiłem w roku 2012 i nie był wtedy nowy. Silnik też nie był nowy. Idąc za ciosem uznałem, że czas przejrzeć alternator i rozrusznik. Przy okazji dowiem się, jak te elementy zdejmuje się z silnika i potem zakłada ponownie (znaczy, taki był plan, że tego się dowiem...).
Rozrusznik i alternator zaniosłem (pieszo!) do znanego w Sopocie warsztatu. Następnego dnia mogłem już je odebrać. Też pieszo, choć to ciężkie. Alternator waży 4 kg, rozrusznik 7 kg.
Alternator jest bezszczotkowy jak się okazało, więc po wymianie łożysk powinien popracować kolejne 40 lat.
Drugie zdjęcie pokazuje wszystko już po zmontowaniu.

Razem z jachtem kupiłem zapasowy pasek klinowy, który woziłem cały czas gdzieś w szafce. Okazał się za długi. W efekcie zamontowałem stary pasek klinowy, który diabli wiedzą ile ma lat.
Ale są korzyści, kupiłem na zapas nowy pasek, już właściwej długości, który pewnie będę woził. A może to bez sensu?

Planując zlikwidować zaszłości kupiłem termostat, który czeka na wiosenny montaż.
Wirnik pompy mam na zapas i będzie trzeba go wymienić, też wiosną.
Kupiłem także nową anodę na s-drive. Zdjęcie starej tym razem poszło bardzo szybko.
Dziwne jest to, że poprzednia anoda wytrzymała wiele lat, a aktualna po dwóch sezonach nie wygląda zbyt dobrze.
Więc chyba trzeba zamontować w końcu izolator galwaniczny - to jest w planie od kilku lat.
Zamówiłem także uszczelkę główną do s-drive. Nie wiem, czy w tym roku ją wymienię, pewnie nie, ale czas o tym myśleć. Kupno to pierwszy krok. ;)

Najgorsze w tych pracach silnikowych jest to, że zajmują dużo czasu, koszt części jest wysoki a cała ta praca nie wpływa w ogóle na poprawę osiągów jachtu. Czyli idzie mnóstwo czasu i pieniędzy a jacht przez to w zasadzie nie przyspieszy. To jest denerwujące.
Chociaż... ubyło prawie 1,5 kg z masy jachtu i to jedyne w tym, bardzo drobne pocieszenie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że silnik powinien być sprawny (jak wszystko na jachcie). No więc robię, bo muszę.
Co gorsza, to dopiero wstęp, więc... CDN